RSS
poniedziałek, 05 lutego 2018

 

Wracamy od przyjaciół. Noc. Przed nami długa droga. Jej kraniec tonie w ciemności i gdyby nie rzędy świateł po obu stronach, trudno byłoby określić dokładnie gdzie droga, a gdzie bezdroże się zaczyna.

Podobny obraz

Małe punkty przed nami układają się w jasny szlak prowadzący do domu. Można je oczywiście zignorować; kusi myśl, że to nudne podążać wyznaczoną trasą; ściany lasu po prawej i lewej obiecują lepszą przygodę, czerń poboczy ma coś z mocy magnesu.

Można posłuchać szeptu bezdroży. Nie ma tam zasieków ni wysokiego płotu wzbraniającego wstępu.

Można. I przecież posłuchaliśmy w życiu nie raz. Nikt nie zatrzymywał. Nie szarpał za ramię. Jasne punkty wyznaczające drogę do domu milczały nienachalnie.

I poszliśmy. Nie raz. Nie dwa.

I szybko lub dużo później, poszarpani na strzępy, szukaliśmy w gąszczu nocy choć jednej iskry.

Jesteśmy dramatycznie wolni w wyborze drogi. I to czasem nasza największa katastrofa.

Ile razy musiałam zbłądzić by nauczyć się mądrości? – myślę wpatrzona w ciąg świateł przede mną.

Ile razy jeszcze pobłądzę, nim wrócę do domu.

 

„Twoje słowo jest światłem dla moich stóp i lampą na mojej ścieżce”. Psalm 119.

 

 

sobota, 13 stycznia 2018

 

- Niech mi pani powie co to jest? – stoi przede mną elegancki starszy pan z czerwonym małym jeżykiem pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Jego twarz wyraża zdumienie dziecka, które odkryło, że kijanka to mała żabka.

- Liczi. – mówię z uśmiechem i dla potwierdzenia stukam w etykietę wiszącą nad półką z owocami.

- A to się je? – nie dowierza staruszek.

Kiwam głową.

- Obiera się ze skórki? I to jest słodkie? – pyta dalej mój rozmówca.

Potwierdzam coraz bardziej rozbawiona.

- Niech pan weźmie. – mówię w końcu – W życiu wszystkiego trzeba spróbować – dorzucam sama zaskoczona tym, co powiedziałam.

Starszy pan spojrzał mi prosto w oczy i nagle się roześmiał.

- Tak. Ma pani rację.- wykrzyknął.

Po czym sięgnął po woreczek i włożył doń pełną garść nieznanych owoców. Z figlarnym błyskiem w oku.

Znalezione obrazy dla zapytania liczi

 

Czasem mówimy rzeczy, o które byśmy się nie posądzali. Jakby mówił je przez nas ktoś inny.

Bo ja nie jestem zwolenniczką poglądu, że naprawdę wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Nie wszystkiego.

Ale widocznie starszy pan musiał to w tym dniu usłyszeć i usłyszał. Na dzień przed Sylwestrem i Nowym Rokiem. I mam nadzieję, że nie namówiłam go w ten sposób do skoku na bungee:)

 

 

 

piątek, 29 grudnia 2017

 

Słodki jak miód głos komentuje i zachęca.

Że naturalny twaróg i kruchy spód. I masło. I zdrowie. I tradycja. Na ekranie zgrabny kawałek sernika wyłania się przy wtórze bożonarodzeniowych dzwoneczków. Patrzymy z Laurcią a ślinka potoczkiem wypełnia usta.

- Jedyne 9,99 za opakowanie. – dodaje koronny argument miodny głos lektorki.

-Hmmm. – wpada w refleksję moja mała towarzyszka – 9,99 za opakowanie. A ile za sernik. – dodaje z nutką zawodu:)

 

I tak sobie myślę, siedząc przy choince. Znów takiej samej jak rok, dwa, trzy, osiem. Ten sam anioł skrzywiony z czasów buntu dwulatka Alusi znów jest bliski płaczu. Musierowiczowskie Janioły z nieco sfatygowanymi skrzydełkami podfruwają przy zabytkowych już prawie czerwonych lampkach. I pierniki pachną z przepisu tego co zwykle czyli Petsona i Findusa. Gwiazda na czubku co roku doklejana i ozdabiana. Wszystko to same a przecież inne.

Tak siedzę sobie ta sama i zupełnie inna. Patrzę tą samą nadzieją co zwykle, choć oczy nieco mi wypłowiały. I jak dziecko czekam wciąż na prezenty, ale wiem już, że w różnych przychodzą opakowaniach.

Czasem pudełko jest ciemne. Ale to nie zmienia faktu, że to, co otrzymuję jest prezentem.

W minionym roku tych ciemnych pudełek dostałam kilka. I zupełnie jak dziecko się przestraszyłam i rozpłakałam rozczarowana. Nie będę wam opowiadać o wszystkich. Najciemniejsza była choroba mojego męża.

Ale to tylko opakowanie. Ono nie jest esencją. Zdejmuje się je, wyrzuca do kosza i z czasem zapomina.

 To, co odkryjesz na dnie pudełka jest dla ciebie. Zawsze trafione. Zawsze dobre, choć nie w sposób banalny i oczywisty. Zawsze bardzo osobiste i tylko dla ciebie.

Tak jest z chorobą mego męża i wszystkimi tymi rzeczami, które dotknęły mnie w ciągu ostatnich miesięcy. Dotknęły bardzo mocno. Zburzyły co trzeba i co trzeba budują na nowo.

Mój mąż jest zdrowy. Żyjemy. Cieszymy się. Patrzymy w przyszłość. Rosną dzieci i dom nabiera ostatecznych kształtów.

 Jestem jeszcze słaba, ale tym bardziej czuję obecność Tego Mocnego. Odkrywam sens tego, co przyszło i czułość, z jaką byliśmy niesieni przez wzburzone fale. Uczę się odróżniać opakowanie od zawartości daru. I wdzięczności głębszej niż dyktowana euforią.

Widocznie wszystko to potrzebuje ciszy. Dlatego więcej milczę.

Ale jestem. I dziękuję tym, którzy są ze mną.

 

W Nowym Roku życzę Wam kochani dużo jasnych prezentów, a gdy otrzymacie taki w ciemnym pudełku - życzę odwagi odkrycia, że to tylko opakowanie skrywające prawdziwy dar.

 

 

 

środa, 04 października 2017

 

Zatrzymuję się pod jabłonią. Przysiadam w trawie. Sięgam po jabłko. Przykładam je do twarzy.

Czuję zapach.

Tylko stare dzikie jabłonie rodzą takie owoce. Żadne jabłko ze współczesnych targowisk świata nie pachnie taką pełnią i nie smakuje taką rozkoszą. Wolę jeden jego kęs niż kilogramy owoców tak wyhodowanych, by dawały niezmąconą niczym słodycz. Tylko słodycz. Mdlącą bardzo szybko. I nużącą.

Jak wszystko co samo łasi się pod nogi kobiercem.

Jabłko jest  złote, z rumieńcem przypominającym broczącą krew. W jego zapach wpleciona jest zapowiedź goryczy.

Przez chwilę zastanawiam się czy ugryźć.

Jest dojrzałe.

I małe.

- Nie można dojrzeć bez bólu – szepcze mój nieodłączny towarzysz mieszkający w sercu – I nie bez ran. – dodaje. – I nie sądź Rut, że dojrzałość i wielkość to synonimy. Można być małym, naprawdę małym.  Można być niepozornym i stać się dojrzałym.

Jeśli chcesz taka być, nie odrzucaj goryczy. I nie szukaj klaskania tłumów. Ani uśmiechów łaszących się pod stopy.

 

 

wtorek, 05 września 2017

 

Siedzę na leżaku. Słońce łasi się do mnie. W ręku przesuwam czerwone koraliki. Cicho zakrada się mój syn. Rozkłada stary koc tuż obok na trawie i kładzie się.

IMG_20170615_180350_HDR

- Co tam mama? – zagaja jak to on.

Nic więcej nie mówi, ale ja słyszę więcej niż tylko te trzy słowa.

Wyciągam drugą dłoń i gładzę jego plecy.

Cicho.

Łagodne jesienne promienie ogrzewają ciało i myśli.

Czułość powoli ścieka z serca arterią opuszczonej ręki, spływa w prostym geście na syna.

Tak niewiele trzeba, by powiedzieć: kocham cię.

 

A my piszemy sonety.

 

 

piątek, 01 września 2017

 

 

Fotel brazylijski to dobry wynalazek. Pewnie stary i intuicyjnie odpowiadający na ludzką potrzebę bezpieczeństwa.

Zwisam na nim. Materiał otula szczelnie jak kokon. Jestem dokładnie jak on, uwieszona na rosochatej gałęzi starej jabłoni.  W trakcie przeobrażeń.

Na drzewie domek dla dzieci, pod nim – piaskownica. I jedno i drugie pamiętają czasy, gdy nasze najstarsze dzieci były jeszcze małe. Biegam myślą tu i tam.

Dyndam nad ziemią bezpiecznie. Potem rzucam kotwicę wzroku w piasek.

Patrzę na niego i widzę ulotność chwil. Widzę przemijanie. Widzę złożoność ludzkiego losu. I Abrahama wraz z daną mu obietnicą. Nieodgadnioność świata. Mój początek i koniec, bo jestem z prochu. Widzę miałkość swoich myśli. Kruchość istnienia. Niepewne fundamenty.

170316124114_piasek_do_piaskownicy_Kamienie_Mosina

Czy wiesz Rut, że większość ludzi patrząc na piasek widzi tylko piasek? – pyta mnie ktoś niesłyszalny dla reszty świata.

Wiem.

Czy wiesz, że bywają tacy, którzy widząc piasek, widzą potencjalne budowle i mury, kielnię, zaprawę, cegły?

Wiem.

Czy wiesz, że odkryć w piasku przemijanie, początek i koniec, zagadkę i obietnicę dane jest nielicznym?

Wiem.

Czy wiesz po co jesteś?

 

 

 

 

niedziela, 27 sierpnia 2017

 

Laurka myje liść. Nalewa na niego mydła i pociera go pod strumieniem wody z kranu.

- Co ty robisz? – pytam wchodząc do kuchni dziadków.

- Myję liść.

- A zamierzasz go jeść? – żartuję.

- Nie. Ale on tak ładnie pachnie. To liść orzecha. – tłumaczy wycierając liść ręcznikiem.

- Ummm – rozkoszuje się przykładając nosek – teraz pachnie dwoma zapachami. Zobacz – podtyka mi.

Wącham.

- Cudnie – mówię – Dwa zapachy: liść i mydło.

I nagle zalewa mnie potok wspomnienia z dzieciństwa. Wakacje u dziadków. Stary orzech. Jego cień. Jego zielone owoce. Jego liście. Ich zapach.

Teleportacja.

 

 

środa, 23 sierpnia 2017

 

Jem borówki. Atramentowe krople połyskują na dnie glinianej miseczki.

20170804_120748

Można ją przechylić i wsypać do ust wszystkie naraz. Albo jeść owoce jeden po drugim delektując się ich smakiem.

Można żyć jednym haustem, ale można też brać sekundę po sekundzie w palce i przesuwać je świadomym ich ilości i daru.

Ja wolę ten drugi sposób. Wtedy czujesz się bogatszy mając tyle samo lub  dużo mniej niż inni.

Pieniądze ani konta w banku nie są miarą bogactwa. Kiedyś to tylko podejrzewałam. Teraz jestem pewna.

A bycie szczęśliwym niewiele ma wspólnego ze stanami emocjonalnymi czy zewnętrznymi okolicznościami. To decyzja. Taka sama jak wiele rzeczy w życiu. Jak miłość. Jak wierność.

Wbrew burzom wewnątrz i za oknem.

Decyzja, że znajdziesz szczęście w małej miseczce owoców i nie będziesz rozczarowany, że nie masz całego krzewu.

 

 

 

niedziela, 20 sierpnia 2017

 

Nagle w trawie pojawia się pomarańczowy papierowy samolocik. W chwilę za nim biegnie mój syn, a za nim z perlistym śmiechem Laurka. Jej czerwona spódniczka wznosi się jak płatki maku, a mały kucyczek podskakuje na głowie przy każdym susie. Łapią samolot i rzucają ponownie. Silne ramię syna

posyła go wielkim zamachem w dal. Przez chwilę mknie jak strzała, lecz nagle pomarańczowy szybowiec zatacza koło i zmieniwszy kierunek, zgrabnym szusem ląduje w trawie. Biegną i śmieją się z niespodziewanego manewru.

I znowu. I jeszcze raz. Zabawa dzieci i wiatru.

 

Papierowy samolocik.

Nasze plany. Po naszemu złożone, pchnięte naszą siłą, z lotem skorygowanym przez wiatr i celem osiągniętym niekoniecznie jak zamierzaliśmy.

Ważne, by być dzieckiem. I jak dziecko roześmiać się. Jak dziecko zgodzić, że nie wszystko ode mnie zależy. I dać prowadzić się Wiatrowi.

 

 

sobota, 12 sierpnia 2017

- Cio to? – pyta synek przyjaciół zaciekawiony stuknięciem o parapet.

- Różaniec – odpowiadam wypuszczając z dłoni garść czerwonych koralików.

Malec patrzy badawczo.

- Myślałem ze to poziomti – mówi:)

Urocze są te spostrzeżenia dzieci. Tak niewinne i tak zapadające czasem na samo dno szkatułki pamięci.

Od tylu lat poławiam te perełki, patrzę i słucham moich dorastających coraz bardziej dzieci i wciąż zadziwiam się jak Bóg przez nie przemawia.

Więc mój różaniec przypomina poziomki.

Co dzień trzy lub cztery pełne garście ich niosę. Nie wiem nawet czy daję Matce, czy raczej Od Niej otrzymuję. To chyba obopólne.

Prawie się z moim różańcem nie rozstaję. Zabieram go w podróż i do pracy. Był ze mną w szpitalu, gdy operowali mojego męża i w poczekalni przed gabinetem, w odwiedzinach u przyjaciół, w wielu kościołach, w ogrodzie i w lesie, na wycieczce.

Kiedyś tak nie było. Ani nie rozumiałam tej modlitwy ani nawet zrozumieć nie chciałam. Gardziłam tą formą pobożności, jej niewyszukaną formą, monotonią. Wyśmiewałam „klepanie” zdrowasiek i jarmarczność sznurów.

Łatwo pomylić prostotę z prostactwem i nie zadając sobie trudu wejścia głębiej ocenić po fasadzie.

Dziś?

 Nawet trudno mi określić jednym zdaniem jaką wartość ma dla mnie ta modlitwa. Jak jest cenna i sycąca, jak mnie przenosi przez najtrudniejsze momenty i jak towarzyszy w chwilach radości, jak przemienia.

 20170404_095208

Stryj mojego męża jest śmiertelnie uczulony na jad os. Jako rolnik nigdy nie rusza w pole bez antidotum. Ma je w ubraniu roboczym lub w schowku traktora.  Pamięta o tym bardziej niż o posiłku czy wodzie. Ratująca życie strzykawka z dawką adrenaliny.

Ja zamiast tego mam kilka garści poziomek. Mój różaniec. Bo jestem śmiertelnie uczulona na zło.

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76