|
|
środa, 22 lutego 2012
wzrost
Nusia ostatnio co wieczór skarży się na ból nóżek.
Targani różnymi podejrzeniami, skłaniamy się jednak ku hipotezie, że jest to skutek bardzo intensywnego wzrostu całej córeczki ze szczególnym akcentem na nogi. Kończyny dolne bowiem wybitnie chude i dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuugie zgodnie z prawami genetyki odziedziczyła w całej swej rozciągłości po mamie. Niektórzy nawet skłonni są twierdzić, że Rut składa się głównie z nóg, u szczytu zwieńczonych niewielkich rozmiarów główką. Tak zresztą Rut rysowana była przez wszystkie swoje dziatki, gdy przechodziły stadium rysowania „głowonogów”. Gdy więc Nusia wspomina o bólu nóżek, zawijamy Misia Buraska Dużego w koc czyniąc zeń stworzenie mumiopodobne i układamy pod nóżkami, by im nieco ulżyć w trudnym dziele rozwoju. - Rośniesz – tłumaczymy spokojnie i nóżki – jak ręką odjął - przestają boleć.
Aż tu pewnego dnia rozlega się…
- Oj, boli mnie głowa!!! – dramatycznie wyznał tata szperając w szafie w poszukiwaniu skarpetek.
- Rośniesz. – padła przenikliwa diagnoza z ust doktor Nusi:)
poniedziałek, 20 lutego 2012
scenka w blasku świecy
Zelżały mrozy, ucichły wiatry, a mimo to w sobotni wieczór zamrugały nerwowo żyrandole, zaczkał telewizor i …wszystko zgasło. Na kilka długich godzin. Zapaliliśmy wszystkie wyszukane świece, ustawiliśmy za nimi lusterka, rozłożyliśmy na podłodze kołdrę i położyliśmy się na niej jak stadko spłoszonych przepiórek. - Mamo, czy ziemia jest duża czy mała? – pyta Nusia wpatrzona w ciemność za oknem i jedną jedyna gwiazdę podobną do płomienia świecy.
- Duża. – odpowiadam. - A my jesteśmy mali. – stwierdza już, nie pyta. -… - Jesteśmy takimi zabawkami. -…? - I musi być ktoś duży. - …?? - On się nami bawi. - …?! - Na przykład jedzie nami do dziadków. - …?!! - On stworzył ziemię i nas. Wszystko. - ?!!!
Zdumienie.
Gdy skończył się filozoficzny wywód zapadła cisza. W ciemności, chyboczącym blasku świec rozstawionych wszędzie, pod czujnym okiem gwiazdy jednej jedynej.
Ludzkość u swego zarania, gdy dzieckiem była pięcioletnim też wpadła na podobny trop. Jesteśmy mali, więc jest Ktoś większy. Dużo większy i dużo mądrzejszy. On się bawi wszystkim.
A potem przyszedł On. Przeszedł przez życie dobrze czyniąc wszystkim, z miłości do wszystkich umarł na krzyżu, by przekonać przynajmniej niektórych, że …
nie dla zabawy nas stworzył, nie z nudów, że nie jesteśmy pacynkami na Jego dłoni, marionetkami w Jego teatrzyku, że nie jest znudzonym demiurgiem, któremu wszystko jedno co z nami będzie.
Że wszystko co jest, jest ogromnie na serio. Że wszystko jest z miłości. Że wszystko złożone w nasze ręce. Że mamy wybór.
Że my piszemy scenariusze. Czasem w blasku jednej jedynej świecy.
sobota, 18 lutego 2012
gołębi psalm
To zdjęcie zrobione było na jesieni. Kaleki gołąb sfrunął na naszą działkę. Nie miał jednej nogi. Nic nadzwyczajnego wśród gołębi. Z kalectwem radzą sobie świetnie.
Zawsze kiedy widzę gołębia przypomina mi się psalm. Jego słowa przesuwają się jak paciorki w głowie. Tak jak je pamiętam, zbliżone tylko do oryginału. Gdzieś głęboko w sercu zawsze znajdują rezonans. Co jest w słowach niektórych, że nas tak poruszają? Jak dzwonom spiżowym rozkołysują serca?
gdybym był jak gołąb o gdybym był gołębiem! oto bym uleciał uleciałbym i ukryłbym się w załomie skały w jej cieniu bym spoczął ukryłbym się przed zawieruchą nie znalazłby mnie tam wicher ani upał mnie nie dotknął
gdybym był jak gołąb…
Nawet nie wiem który to psalm dokładnie. Ale zawsze gdy widzę gołębia, odzywa się we mnie.
Czuję czasem nawet jak drżą mi skrzydła.
czwartek, 16 lutego 2012
łopatologia
- Jak ma na imię wujek R. L. ? – pyta Nusia - No przecież R. - A na nazwisko? - L. - Acha.
Świat jest taki skomplikowany. Zawsze warto się upewnić, nieprawdaż? :)
A że Nusia pyta o oczywistości? Ilu ludzi pyta czy istnieje miłość.
poniedziałek, 13 lutego 2012
układanka
Piórko vel Lala vel Lara czyli Pani Laurcia z chochołami w oczkach otrzymała od pewnego znanego świętego drewnianą układankę z gospodarskimi zwierzątkami. Kogutek, krówka, owieczka i źrebaczek, a do tego ich obórka muszą trafić w wykrojone dla nich specjalnie miejsca w deseczce. Owieczka i krówka bardzo szybko się tego nauczyły, źrebaczek był nieco bardziej oporny, a kogutek zdecydowanie najmniej „kumaty”. Obórka nigdy jakoś nie pomyślała o ruszaniu się z miejsca, bo obórki nie mają tego w zwyczaju. Ale czas mijał, Piórko wciskało zwierzątka dzień po dniu aż w końcu uznało, że to…
nuuuuuda!!!!
Piórko pogłówkowało i znalazło bardziej innowacyjne zastosowanie dla układanki ze zwierzątkami. Chochoły w oczach miały tu zapewne niebagatelne zasługi:) W każdym bądź razie pewnego dnia maluszek wziął świnkę, schylił się, położył na podłodze i zwierzątko zniknęło. Potem wziął krówkę, znów zmienił pozycję na bardziej horyzontalną i Mućka poszła w ślady świnki. W podobny sposób skończył kogucik i konik, a na końcu też obórka, która jednak postanowiła ruszyć się z posad, by sprawdzić gdzie podział się inwentarz. - Gdzie są zwierzątka? – zapytała zaniepokojona Piórkowa mama patrząc na pustą deseczkę. - Glu – humunuuuu – zagulgotało Piórko pokazując usłużnie paluszkiem na wąską szparę pod kanapą. Mamusia więc położyła się na podłodze, zapuściła swe ciemne oczy w czeluść równie ciemną i… znalazła całe zabłąkane i nieco przerażone stadko.( Bo nie wiem jak u was, ale u nas pod kanapą są koty. Możliwe nawet, że d z i k i e .) Po czym je - to stadko!!! - mamusia uratowała przy użyciu żółtej muchołapki ( sprzętu bardzo użytecznego latem, a zimą przebywającego na zasłużonym urlopie w kącie za kanapą).
Od tamtego dnia zsyłka zwierzątek wraz z obórką dokonuje się kilka razy dziennie, po czym mamusia z łapką dokonują akcji wyswabadzania jeńców z lochu pod-kanapowego. Czasem do akcji włącza się desant w postaci Nusi, a innym czasem – nawet tatusia.
I tak jest o wiele ciekawiej. Czyż nie??? :)

Pani Laurcia z Panem Kotkiem Gałgankiem i Chochoły mieszkające w oczach:)
niedziela, 12 lutego 2012
wiosny wabienie
Na strychu – cisza niepokalana. W powietrzu przesyconym romantyczną wonią proszku E rozlega się pierwszy śpiew jakiegoś wiosennego ptaszka. Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, więc bierzemy sprawy w swoje ręce.
CD z ptakami słuchamy, które mi Max ornitolog kiedyś tam przegrał ku pokrzepieniu dusz.
Limeryki z Alą układamy. Na ten przykład:
Żył sobie tukan z Nałęczowie Gdy był chory, leżał w rowie Mlaskał przy tym wniebogłosy Oraz spijał krople rosy Myślał, że się nikt nie dowie.
Kameleon mały żył raz w Katowicach Kiedyś spotkał muchę o czerwonych licach Siadła mu na nosie I była nie w sosie A potem zaczęła myć się w dwóch miednicach.
Rosły dwa dęby potężne w Nowym Jorku Jeden z nich rósł w płytkim dołku Bały się burzy I kolców róży Więc wytrzymały tylko do wtorku.
Przy okazji córka moja poetycka obraża się na mnie na pół godzinki. - Dlaczego się obraziłaś? - Bo mnie ciągle krytykujesz? - Tłumaczę, a nie krytykuję. Kiedy byłam w twoim wieku, też nie umiałam pisać wierszy. (Nawiasem mówiąc – myślę sobie – do dziś nie umiem:)
Zaciera się subtelna różnica między krytyką a tłumaczeniem. Wchodzimy w pierwsze wiraże okresu dojrzewania.
Ale do wiosny wracając…
Przeglądamy po raz tysiąc trzysta siedemdziesiąty drugi pismo „Weranda Country” spijając resztki farby drukarskiej w różnych odcieniach z jej stron powabnych pełnych domków drewnianych, pięknych detali wystroju wnętrz, łąk, ogrodów, zwierzątek dużych i małych. Jednym słowem – country:) Narzutę na kanapę kwiecistą szyjemy. Kotka ze starych ścinków klecimy dla Lali ( jeden z pseudonimów Piórka).
Wszystko, by wiosnę zwabić, przynęcić. Poezją, ptasim śpiewem, kwiatami, ciepłą myślą, barwami, kotkami marcowymi.
i jakby słońce dziś mocniej przygrzało… jakby pierzynka biała stajała nieco…
piątek, 10 lutego 2012
przy oknie
Diamentowy pył. Tak nazywają to zjawisko. W złotych falach wypełnionego słońcem powietrza tańczą drobne jak źdźbła kurzu kryształki lodu. Skrzą się, wirują popychane podmuchami wiatru. Mam wrażenie, że widzę to po raz pierwszy, choć logika podpowiada, że to niemożliwe. Mam swoje lata. Na pewno widziałam ten cud po wielokroć. Tyle tylko, że nigdy nie miałam czasu, by przystanąć, popatrzeć, przekuć w zachwyt. Nie wystarczy zmysł wzroku by widzieć. Teraz widzę naprawdę. Stoję z Piórkiem przy oknie. Córeczka ciepłym oddechem stwarza chmurki na szybie, a potem ściera je rączką. Obok na krześle stoi Nusia i też obserwuje tańczące diamenty.
- Pojadę sobie na miasto i kupię ten materiał w kwiaty – podśpiewuję sobie jak dziecko zacierając ręce. - Ależ ty się umiesz cieszyć z takich drobiazgów. – śmieje się mąż. Ten materiał znalazłam w sklepie dwa tygodnie temu. Prawie idealne spełnienie moich najpiękniejszych snów o narzucie na kanapę. Wielkie kwiaty koloru lawendy, przetykane kiściami bzu, zawikłane wśród zielonych gałązek i liści. Kipiel lata wymalowana na tkaninie.
Ale marzenie jest naprawdę spełnione, gdy trzeba poczekać. Nawet nie jest ważne z jakiego powodu. Czekanie jak tęsknota do czegoś przygotowuje, coś zmienia w naszej wewnętrznej konstrukcji. Właśnie wtedy umiesz się cieszyć z drobiazgów. Stajesz się dzieckiem, dla którego kamyk czy listek jest skarbem. Wielu ludzi nie ma dziś marzeń, bo zanim czegoś zapragną, już to mają. Nie zdążą nawet zatęsknić. Wszystko kończy się co najwyżej na etapie zachcianki. Nasze dzieci znudzone w morzu niepotrzebnych zabawek.
Wszędzie wokół drobny diamentowy pył. Pewnie, że i błota dużo i kurzu. Tak po prostu jest. Nasz świat jest dwubiegunowy. Ale możemy wybrać na czym skoncentrujemy nasze oczy i serca.
Czy ucieszymy się drobiazgami czy stracimy humor od szarości.
czwartek, 09 lutego 2012
post w tri-miga
Wystawianie języka okazało się umiejętnością kluczową i to bynajmniej nie w celach wyrażania komukolwiek pogardy. Bo oto Piórko wystawia ozorek na zewnątrz, a następnie: - ALA – pięknie wymawia imię swojej siostry.
Pierwsze prawo logopedii odkryte – języki na brodę!!!!
**********
- Mamo, czy można zakochać się w sąsiedzie? – zgłasza interpelację pięciolatka. - Masz na myśli Kubę? - Tak. - A, to można – wyraża aprobatę Rut. - Ale on jej nie kocha! – Dusio lojalnie broni najlepszego przyjaciela z ławki. - Ale jak dorosnę, to będę piękna. – obiecuje kusząco amantka.
**********
Jeszcze niedawno mówiliśmy o „chochlikach” w oczach Lauci. Ostatnio zmieniliśmy zdanie. To nie są chochliki . To są „chochły”!!! A może nawet – chochoły:) ... jak u Wyspiańskiego.
wtorek, 07 lutego 2012
tupanie skątowni
- Przyjechali wreszcie? – pyta babcia niebieska „babci młodej” ( tak Rutkową mamę ochrzciła Nusia). - Przyjechali. A co, tęskniła? - Oj tak. – przyznaje babcia starsza. - Za tym tupaniem? - Tak. – zaśmiewa się do łez staruszka.
Babcie mieszkają akurat pod Rutkową rodziną. Babcia młodsza może i tupanie słyszy, ale babcia starsza zagadnięta kiedyś o tę kwestię przez zatroskanego Misia zapytała: - Jakie tupanie? Ja głucha. Nic nie słyszę.
A skąd to tupanie? Skątowni:) – jak ma w zwyczaju odpowiadać Rutka. A tak dokładniej źródła należało by upatrywać w Nusinych piętach. Bo Nusia – jak to kiedyś wyłuszczyła znękanej rodzince – „m u s i się kiedyś wybiegać”. - A w zerówce nie możesz biegać? – podpuścił tatuś. - Nie, bo nie chcę sprawiać przykrości pani Joli. – odparła zdecydowanie pełna altruizmu dla obcych pociecha. - A nam chcesz? – jeknęliśmy - Nie chcę, ale muszę. – zacytowała znaną skądś złotą maksymę:)
Wraz z powrotem Nusi od dziadków, wróciły też jej pięty. Pierwszego wieczora były widać biedactwa mocno znużone podróżą, bo sobie „odpuściły” porcję wieczornego stepowania. Ale drugiego wieczora pięty już były wypoczęte, przypomniały sobie o swym zwyczaju i się zaczęło. W tę i nazad, w tę i nazad. – jak mawiają tubylcy. - Czy to prawda – zaczęła zdyszana wielbicielka joggingu pokojowego – że od biegania się rośnie??? - NIE !!! – zakrzyknął wielkim głosem brat – Od biegania wcale się nie rośnie!!! Rośnie się od s p a n i a!!!
A reszta rodziny skwapliwie mu przyklasnęła:)
Oprócz babci niebieskiej, która… nic nie słyszała:)
poniedziałek, 06 lutego 2012
nudy na pudy
W dwie i pół godziny po odjeździe, Miś wysłał Rut sms-a następującej dramatycznej treści: „Nudno tu bez ciebie” . „To dlatego, że mam taką barwną osobowość” – odpisała żona jak tylko skończyła napychanie małego dziobka jogurtem truskawkowym.
Skąd się wzięła ta „barwna osobowość”? Ano od koleżanki z akademika i nie miało to nic wspólnego z przenoszeniem drogą kropelkową:) Rut po prostu próbowała ją przekonać, że ma duże szanse u pewnego chłopaka i wystarczy tylko odrobinę pewności siebie. - Dobrze ci mówić – załamała się koleżanka – ja nie mam takiej barwnej osobowości jak ty! Od tamtej pory jest to jedno z ulubionych zdań rozśmieszających Misia i Rutkę. Jak już nie ma na co zgonić to na „barwną osobowość” lub jej brak :)
„Tęsknię za tobą” – nadleciał bzyczący niczym pszczoła sms drugi.
Rutka więc naciska ikonkę ze słuchawką i … - Ho, ho ho – zaczyna tonem na poły „świętomikołajowym” – jakbyś NAPRAWDĘ tęsknił, to byś wsiadł w samochód i przyjechał. - A wiesz, że o tym myślałem – jęknął trawiony nostalgią po drugiej stronie. W tym momencie zabiera głos cenzor Piórko i kategorycznie domaga się oddania telefonu. - Laurcia, co tam robisz kochanie? – przymila się tata sącząc czułe słówka w małe uszko. A Laurcia siedzi z marsową miną i się zastanawia. No bo co ma powiedzieć? Łatwiej wymienić czego nie robiła.
Ganiała się z mamą po całym pokoju piszcząc jak zarzynane prosię, rzucała pilotem od telewizora, niemal na wszystkie zadane pytania odpowiadała kategorycznie: NE ( bardzo przydatne słówko, zwłaszcza w kontaktach z rodzicami:), czytała książeczki w swoim własnym narzeczu, smażyła z mamą kurczaczki w ziołach, piła herbatkę obficie skrapiając nią podłogę wokół ( odezwał się w niej –zdaje się - duch pierwotnych przodków, którzy dzielili się napojami z matką ziemią:), dokonywała crash-testów w szafce kuchennej, ustawiała wieżę z kubków, sprawdzała zawartość kosza na śmieci i przy okazji refleks mamusi, jeździła na koniku na biegunach, oglądała z mamą kotki w necie, naśladowała pszczółkę – bzz i odgłos paszczowy konika i lwa i kaczuszek i owieczki ( najbardziej spektakularnie wychodzi lew), oglądała zadziwiający ruchomy eksponat braciszka ciotecznego ze szczególnym uwzględnieniem jego rajstopek, spała pod włochatym kocykiem, pierwszy raz w życiu brała prysznic, a w trakcie kąpieli mamusi porwała pół rolki papieru toaletowego, resztę zaś zaniosła do pokoju i po kawałeczku utykała w szparze pod kanapą, zakładała sobie opaskę w kwiatki i się mizdrzyła, usiłowała ukradkiem wykraść część dziedzictwa kulturowego ( nieszczęsne maki pana Moneta:), sprawdzała kilkakrotnie czy rączka uległa wydłużeniu i sięgnie po przedmioty ustawione na parapecie, szukała nowych fal w radiu, grzecznie odpowiadała po angielsku żegnającej się zabawce: by-by, jak co dzień obsługiwała drukarkę komputerową, kotłowała się na łóżku i udawała, że wiedzie długie rozmowy przez komórkę, doskonaliła sztukę wystawiania języka i „tu-tu soroczkę”, zjadła miseczkę miodowych kółeczek przy okazji urządzając im burzę na Morzu Białym, potańczyła przy piosenkach Starszych panów, pogrzebała w szafie, sprawdziła czy zawiasy tatuś solidnie zamocował, a wieczorem… … padła. Baterie jednak nie były do końca rozładowane, skutkiem czego małe ziółko obudziło się kilkadziesiąt razy w ciągu nocy, a od czwartej udawało tylko, że śpi.
Wobec powyższego należałoby zauważyć, że „niedaleko padło jabłko od jabłoni” i że „barwne osobowości” są chyba cechą dziedziczną.
Mąż Lauci, a potencjalny zięć Rut na pewno nudził się nie będzie:)
|