RSS
niedziela, 14 maja 2017

 

Siedzę w słońcu na tarasie mojego przyszłego domu. Wibruje światło na rzęsach, przecieka do wnętrza ciała przez skórę, osiada na włosach, myślach.

Wokół fruwają grube białe płatki. Osypują się na trawę, gałęzie drzew, siadają miękko na tarasie obok moich stóp.

Ktoś mógłby wziąć to zjawisko za śnieg. Ale ja wiem, że to niezwykłe nasiona osik rosnących tuż za moimi plecami. Wełniste białe kłaczki niesione wiatrem na wszystkie strony. Za kilka tygodni spomiędzy źdźbeł trawy wyklują się małe drzewka. Milionami. Gdyby nie kosić regularnie, za kilka lat byłby tu bujny osikowy zagajnik.

Tymczasem ciepły śnieg nasion opada bujną zamiecią.

Zamykam oczy jak kot. Uhmmm.

A jeszcze trzy dni temu…

- Proszę pani… proszę pani… - przerywają mi maluchy, wskazując na okno – Śnieg pada!!!

Zimny wiatr zadął przez szparę uchylonego okna. Za taflą szyby widok niecodzienny w maju – grube wełniste kłaczki białą zamiecią osiadają na wszystkim. Niebo w kolorze hartowanej stali. Szybko zamykam okno, walcząc z mroźnym podmuchem. Spoglądam z nadzieją na grzejnik. Otulam się szczelniej swetrem. Brrrr.

 

Ogromna amplituda temperatur ostatnio w moim życiu.

Kładąc się wieczorem nie wiem co jutro mnie powita. Czy tafla jeziora będzie gładka czy piętrowe fale będą próbowały wyrwać burty łódki.

Kładę się jak dziecko w złożonych jak strączek grochu Dłoniach Matki i zasypiam.

Mówię: Otul mnie swoim płaszczem.

Cokolwiek będzie, Fiat.

Ktoś zna lepiej odpowiedź na pytania: Po co? Jak? Dlaczego? Kiedy? Jak długo? Dokąd?

Ja jestem tylko dzieckiem. Nie znam nawet wszystkich pytań.

 

 

Teraz pada ciepły śnieg.

 

 

 

 

 

poniedziałek, 01 maja 2017

 

Pijemy herbatkę. Moni patrzy na 24-centymetrową szramę, którą mój mąż odsłania na prawym boku. Potem przenosi wzrok na mój nadgarstek ze śladem po dwóch drutach tak niedawno tam tkwiących.

- Ludzie po przejściach – mówi zamyślona, uśmiechając się do zawartości swego kubka.

Tak.

Jesteśmy ludźmi, którzy dużo ostatnio przeszli.

Ale PRZESZLI.

I chwała za to Bogu. I za tę drogę i za to, że ją przeszliśmy. Choć chwilami jakby na czyichś barkach, bo własne nogi odmawiały posłuszeństwa.

- Tak. – powiedział lekarz, odkładając wynik histopatologii na biurko – To był rak nerki. Jasnokomórkowy. Wolno-rosnący, który lubi się przerzucać. Ale został całkowicie wycięty razem z nerką. Był mały przerzut na nadnerczu, ale nadnercze też zostało w całości usunięte. Innych przerzutów na razie nie stwierdzamy. Czekają pana częstsze badania, kontrole, ale jest pan zdrowy.

Byliśmy oszołomieni. Wiedzieliśmy, że z tego wyjdziemy, ale jakoś tak kołatała nam w głowie droga dłuższa i bardziej skomplikowana, chemia, zabiegi, wypadające włosy, popękane żyły…

Dlatego mąż zaczął dopytywać o objawy, które mogą go zaniepokoić, dodatkowe badania…

- Proszę pana, ja rozumiem, że pan się denerwuje – przerwał mu spokojnie lekarz – bo pan jest młody i chce pan żyć, ale niech pan zrozumie co ja panu mówię – jest pan zdrowy.

Wyszliśmy na nogach utkanych z waty.

- Skończył się Wielki Post, skończyła się choroba – wyszeptał mąż.

Dokładnie tak.

Mój mąż pierwsze ślady krwi w moczu zauważył w Środę Popielcową, w Wielki Piątek wyjęli mu szwy pooperacyjne, w Niedzielę Zmartwychwstania poszedł już na mszę. Już wtedy był zdrowy, choć musieliśmy czekać na wynik i werdykt lekarzy.

Jaki był sens tej choroby?

 Mam pół zeszytu spisanych łask większych i mniejszych, które jak deszcz posypały się w tym czasie. Łask nie tylko, a może nawet – nie przede wszystkim dla nas.

Splątane relacje i sprawy, które wydawały się nie mieć rozwiązania, jednym cięciem zostały rozwikłane jak węzeł gordyjski.

- Cięciem mojej nerki. – dodaje mój mąż filuternie mrugając okiem.

Nie o wszystkim mogę Wam napisać. Wiele z tych spraw to bardzo osobiste i często nie moje rzeczy.

Mogę tylko napisać, że to trudne doświadczenie naszej rodziny poruszyło bardzo wielu ludzi. Setki, a może nawet tysiące. Tylu właśnie modliło się za nas, ofiarowywało post, cierpienia, trudy, prace, wyrzeczenia, konkretną pomoc, także finansową. I wielokrotnie płakaliśmy w trakcie tych 2 miesięcy, ale tylko dwa razy z powodu choroby i jej ciężaru. Wszystkie inne łzy były łzami wzruszenia ludzką dobrocią i serdecznością. Zaskakiwał nas Bóg i zaskakiwali ludzie.

Powtórzę tylko za Ewą- tą naszą przyjaciółką zmagającą się z chorobą, o której Wam pisałam. Ona doświadczyła w chorobie dokładnie takiego samego otulenia ze strony ludzi.

- Jeśli mi teraz ktoś powie Rut, że ludzie są źli – powiedziała przez telefon – to go wyśmieję. Ludzie są dobrzy. Bardzo dobrzy. I wrażliwi.

Często ukrywamy się z tym naszym wrażliwym wnętrzem, bo bywaliśmy ranieni i boimy się, by ktoś nas nie wykorzystał. Ale tyle w nas dobra. Wielkiego, bezinteresownego, anielskiego dobra.

 

Kiedy patrzę na to wszystko, co działo się przez ostatnie tygodnie widzę Wielką Mądrość i Miłość Boga i odsłaniającą się tajemnicę czym jest Kościół.

Jest jak wielki organizm, w którym, gdy cierpi jedna komórka, natychmiast uaktywniają się wszystkie inne. Byliśmy otoczeni przez cały ten czas opieką nie tylko żyjących, ale nieustanną obecnością Aniołów i wstawiennictwem wielu świętych. Atmosfera była gęsta od Obecności. Szpitalna sala ledwo mieściła całe zebrane niewidzialne towarzystwo. Nasi Aniołowie dwoili się i troili załatwiając najmilszą opiekę, życzliwość personelu i tajemnicze zbiegi okoliczności, które nieodłącznie towarzyszyły całej chorobie. Święci z każdej strony opanowywali sytuację. Święta Rita, św. Charbel, Juda Tadeusz, św. Józef któremu tuż przed chorobą zawierzyliśmy całą naszą rodzinę, o. Pio, Mateczka Tosia Mirska, Michał Archanioł, nasi święci patronowie, wszyscy ulubieni święci wzywani przez modlących się za nas… I Maryja, która przeprowadziła nas przez to wszystko najdelikatniej jak tylko się dało.

- Skrócony kurs krzyża. – usłyszałam myśl staczającą się z ramienia wielkiego krucyfiksu  wiszącego w centrum szpitalnej kaplicy. Modliłam się tam tuż po operacji mojego męża.

- Chodźmy do kaplicy. – poprosiłam , gdy na tych nogach z waty wyszliśmy po ostatniej wizycie.

Znowu popatrzyłam na Niego. Jasna postać na ciemnym drewnie.

- Mówiłem ci. – szepnął uśmiechnięty – Skrócony kurs krzyża.

 

- Czuję się jakbym wróciła z wielkiej podróży dokoła świata. – mówię mężowi, pakując podręczniki szkolne do torebki. - Jestem kimś zupełnie innym. I teraz mam wrócić tak po prostu do dawnego życia? Jak ja to zrobię?

Czuję się jak kawałek metalu, który ktoś włożył do ognia i przekuł.

Teraz jestem kimś innym.

Mój mąż także.

Stopiliśmy się z Jego wolą na zawsze.

Na drugim brzegu Morza Czerwonego.

 

 

piątek, 14 kwietnia 2017

 

Kto krzyż odgadnie, ten nie upadnie

w boleści sercu zadanej

20170414_074950

Błogosławionych Świąt.

 

Rut z rodziną.

 

 

wtorek, 11 kwietnia 2017

 

Wychodzę z wieczornej mszy. Szum deszczu zagradza drogę jak kurtyna.

Ale wychodzę. Wychodzimy wszyscy. Nikt nie ma parasola.

Olśniewający blask wraz z deszczem leje się z nieba. Słońce świeci niezrażone wiosenną ulewą.

- Gdzie jest tęcza? – myślę i rozglądam się.

Nigdzie jej nie widzę.

- Dlaczego nie ma tęczy? – wciąż zastanawiam się, uderzana nieprzyjemnie zimnymi kroplami po twarzy.

Gdy docieram do auta,  mokre włosy kleją mi się do twarzy.

- Gdzie jest tęcza? – wciąż stuka mi w głowie, gdy jadę przez mokre ulice. Na szybach rozbryzgują się  potoki światła i wody.

 W domu zdejmuję przemoczony płaszcz, rozczesuję mokre włosy.

- Mamo, mamo!!! – krzyczy Nusia i Laurka – Jaka piękna tęcza była!!! Taka wyraźna i duuuża. Nad samym kościołem.

- Kiedy? – pytam zaskoczona.

- Jak byłaś na mszy. – odpowiada mężulek.

Uśmiecham się.

- A ja myślałam – przyznaję się do zwątpienia – że tym razem jej nie było.

 

Czasami nie widzimy tęcz w naszym życiu.

Bo akurat jesteśmy w trakcie składania ofiary.

Bo szum ulewy zbyt przesłania nam świat.

Bo kulimy się pod trudnym do zniesienia bombardowaniem deszczu.

Ale to nie znaczy, że tęcz nie ma. Inni je widzą i cieszą się nimi. A potem nam o nich opowiadają.

 

Nieustannie tego ostatnio doświadczamy.

Niezliczona ilość tęcz wyrastających z ofiary, którą przeżywamy. Najczęściej dla nas niewidocznych. Lecz przyjaciele nam o nich opowiadają. A my zdumieni słuchamy.

 

 

piątek, 07 kwietnia 2017

Gdy byłam nastolatką miałam okazję pomagać przy męskim klasztorze. Ja i moje koleżanki. Brat Adam – świeć Panie nad jego duszą – szukając nam pracy, wysłał nas żebyśmy opieliły stacje Drogi Krzyżowej. Zbudował je sam na pobliskim zalesionym wzgórzu. Szłyśmy więc od stacji do stacji i doprowadzałyśmy je do porządku. Na jednej pokąsały nas mrówki, na kolejnej poparzyły pokrzywy, przy którejś jednej z nas obsunęła się stopa i otarła sobie nogę o kamień. Zanim doszłyśmy do szczytu grobu i Zmartwychwstania byłyśmy podrapane, zmęczone, brudne i spocone.

Nie modliłyśmy się, nie rozważałyśmy Męki Chrystusa, a jednak była to Droga Krzyżowa, którą do dziś noszę w pamięci.

Dziś wiem, że najpłodniejsze są te drogi, które przechodzimy sami. Nie te, na które patrzymy z boku jako wzruszeni widzowie.

 *             *             *

Jesteśmy w domu. Po operacji. Bardzo radykalnej, ale koniecznej. Usunięty został nie tylko guz, lecz także nerka i nadnercze. Czekamy na wynik histopatologii, potem wizytę, ewentualne dodatkowe badania na obecność przerzutów i dalsze leczenie. Olbrzymi 25-centymetrowy szew rozcina prawy bok męża. Gdzieś już taki rozorany bok widziałam.

- Wiesz, gdy przygotowywali mnie na sali operacyjnej – opowiada mąż – położyli mnie na wąskim stole. Z trudnością na nim się zmieściłem. Potem lekarz przymocował do stołu jedno ramię i przypiął moją rękę, potem drugie i przywiązał drugą. Potem przywiązał moje nogi. W obie dłonie wbili mi wenflony, a na głowę założyli pasek z pięcioma kolcami, które wbiły się w moje czoło. To do monitorowania pracy mózgu.

Uśmiechnął się do mnie, a łzy zabłysły mu w oczach.

- Wiesz która to stacja? – zapytał .

- Wiem.

Mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak herezja, ale naprawdę Bóg daje nam doświadczyć w tej chorobie odrobiny swojej drogi krzyżowej. Rozpoznajemy kolejne stacje.

Ciemnica czekania. Pierwsze dni choroby, gdy nie wiedzieliśmy co to jest i dlaczego, a hipotezy mnożyły się i falowały pod nogami jak ruchome piaski.

Wyrok Piłata – stanie na nogach jak z waty, z piaskiem w ustach, z mokrymi zimnymi dłońmi. Pod zamkniętymi drzwiami gabinetu, za którymi ważą się losy najukochańszej osoby. Każdy ruch klamki brzmiał wtedy jak wystrzał z broni. Przeszywał na wylot.

Biczowanie wiadomościami, po którym szlochasz i czołgasz się po ziemi jak robak nie mając siły nawet wzroku podnieść do góry. Leżysz zdruzgotany, niepodobny do człowieka.

Trzy upadki – 3 najdramatyczniejsze momenty w ciągu ostatniego miesiąca, po których nie upaść byłoby rzeczą nadludzką, ale po których powstaliśmy niesieni jakąś nieprawdopodobną siłą.

Dzwoni nasza koleżanka. Jedna z wielu. Płacze w słuchawkę, szloch tłumi jej głos, milczenie potężnieje i boli. Mój mąż pociesza ją: Będzie dobrze. Nie martw się. Bóg nas przez to przeprowadzi. Jeszcze nieraz siądziemy przy wspólnym stole i będziemy się z tego śmiać.

Po dłuższym czasie mąż kończy rozmowę. Koleżanka – jedna z wielu podobnych – utulona w żalu.

- Wiesz która to stacja? – mówi do mnie mąż i nie czekając sam odpowiada – Jezus pociesza płaczące niewiasty. Teraz wiem co wtedy czuł.

I jeszcze Szymon. Ktoś, kogo byśmy nigdy w żadnych zawodach na przyjaźń i lojalność wobec nas nie obstawiali. Kto wydawał się taki obojętny, a gdy przygniótł nas krzyż, on pierwszy, bez wahania pomógł nam go podnieść.

I setki. A może tysiące już Weronik. Wszystkich tych, którzy- choć sami utrudzeni życiem – zrobili wszystko by nam ulżyć. Modlitwą, cierpieniem, wyrzeczeniem, konkretnym gestem pomocy, słowem, obecnością, zainteresowaniem… To wszyscy Wy, którzyście bez lęku stanęli przy nas i zostali, choć nie jest łatwo patrzeć i słuchać o cierpieniu.

Jezus z szat obnażony – odarcie z godności przy szorstkim, bardzo intymnym badaniu przed operacją.

Gdy mąż mi o tym opowiada, czuję jak bardzo i jak głęboko został dotknięty takim traktowaniem.

Gdy przychodzę do niego do szpitala po operacji jest jeszcze półprzytomny, jego sponiewierane ciało jest pospinane rurkami, obolałe, pocięte, spuchnięte, spocone i brudne. Biorę ściereczkę i ocieram twarz, czoło i delikatnie wszędzie tam , gdzie mogę dotknąć nie narażając go na ból.

Stacja XIII – Ciało Jezusa zdjęte z krzyża i złożone w objęciach Matki.

 

Krzyż. Tajemnica. Cierpienie i słodycz niezrozumiała. Wymieszane w jednym kielichu.

Rano w niedzielę poszłam do jednej z warszawskich parafii. Urzekł mnie ołtarz główny. Olbrzymi krzyż z wielką – przesłoniętą już fioletowym woalem – figurą Chrystusa. Wpatrywałam się w niego. Krzyż działa na mój wzrok jak magnes. Zawsze. I nagle spostrzegłam, że z dolnej belki krzyża spuszczają się złote sznury. To korzenie!!! – dotarło do mnie. Korzenie wrastające w Tabernakulum umieszczone pod krzyżem. Wtedy spojrzałam jeszcze raz w górę i dostrzegłam, że cały krzyż jest opleciony bujnymi złotymi gałęziami, a gałęzie obsypane owocami.

Moje serce niemal eksplodowało. Pamiętacie ten rysunek Laurki?

Tak dziecko, dobrze myślisz.- usłyszałam.

Krzyż jest najpłodniejszym drzewem świata. Daje najszybciej, najsłodsze i najbardziej obfite owoce.

I wtedy zabrzmiała Ewangelia. Jezus przychodzi do grobu Łazarza i płaczącym i zawodzącym zgromadzonym przyjaciołom mówi: Ta choroba nie prowadzi do śmierci, ale by objawiła się wielka chwała Boża.

Zapowiedź Stacji XV – Zmartwychwstania. To moja ulubiona stacja. Stare Drogi Krzyżowe jej nie mają, ale bez niej Męka i Cierpienie naszego Pana byłyby pozbawione sensu.

 

Nasza Droga krzyżowa.

Idziemy nią dalej. Jak długo jeszcze nie wiem. Lecz coraz bardziej czuję się niesiona. Krzyż coraz mniej ciąży. Zaczynam rozumieć co miał na myśli mówiąc o „jarzmie słodkim i brzemieniu lekkim”. A nigdy tego nie rozumiałam.

 

 

 

 

czwartek, 30 marca 2017

Tak mało mam czasu na pisanie. Mało nawet na jedzenie.

Ale muszę oddać chwałę Bogu i napisać Wam choć trochę z tego, co się stało. A dzieją się rzeczy wielkie i niezwykłe.

Ten krzyż. Byliśmy przyzwyczajeni, że przychodzi. Tylko w tamtym roku nie przyszedł. Zdziwiliśmy się dlaczego.

- Bóg chciał wam może dać dłużej nabrać sił przed tym co jest teraz. – powiedziała wczoraj Moni.

Tak. To możliwe.

Zaskoczył nas rozmiar tego Krzyża. Jego wielkość, intensywność, ciężar. Ale Bóg nas przygotowywał od dawna, umacniał, uzbrajał. On i Matka. Kiedyś wam o tym napiszę.

I dlatego – mimo ciężaru i mimo kilku chwil, gdy czułam, że robakiem jestem nie człowiekiem i pełzam jak robak nie mając sił powstać – pokój i wiara zalewają nasze serca. To nieprawdopodobne, ale potrafimy się śmiać, żartować z guza wielkości piłki i dziękować za całe to zdarzenie. Tego po ludzku nie da się wytłumaczyć. To robota Boża. Misterna, koronkowa robota, gdzie każda niteczka jest precyzyjnie przepleciona w tkaninie zdarzeń. Nic z przypadku. Wszystko po coś.

Była taka chwila zupełnej ciemności. Gdy wynik TK w sobotę ogłosił nam wyrok – nowotwór złośliwy nerki. Najpierw oczekiwanie na wyrok – tajemnica Ogrójca i ciemnicy Chrystusa. Potem wyrok Piłata. Początek Drogi Krzyżowej. I w tej ciemności nagłe światło.

Rano na stole kuchennym, pogrążona w smutku i goryczy, znalazłam rysunek Laury. O, jakże Bóg wybrał sobie to dziecko, by przez nie mówić!

Patrzę i oczom nie wierzę. Na rysunku krzyż wielki na całą kartkę, a z górnej swej belki wypuszcza młode listki. Jak drzewo pełne soków i życia.

- Popatrz Michał – mówię w zachwycie – Oto drzewo życia. Drzewo , które przynosi życie. Drzewo, które daje owoce.

Kilka dni wcześniej, dni, które teraz zdają nam się jak lata, gdyśmy jeszcze myśleli, że objawy mojego męża wskazują tylko na kamienie nerkowe w rozmowie z bliską koleżanką nagle mi się samo powiedziało: Wiesz Ewo, nie śliwa, nie grusza i nie jabłoń, ale drzewo krzyża jest najpłodniejszym drzewem świata. Przynosi najszybciej, największe i najsłodsze owoce.

Sama się zdziwiłam tym, co powiedziałam. A Ewa, która również doświadcza krzyża w swym życiu – rozpłakała się.

I potem ten rysunek. Jakby potwierdzenie: Tak dziecko, dobrze myślisz.

Ta choroba trwa dopiero 2 tygodnie, a nie potrafię spisać wszystkiego tego dobra i błogosławieństw, które się z niej wylały. Próbuję. Już dawno kupiłam specjalny zeszyt żeby zapisywać w nim wszystko dobro, które się zdarza w moim życiu. Łaska po łasce. Nazwałam go „zeszytem wdzięczności”. Ale z dnia na dzień odwlekałam rozpoczęcie pisania. Ale nie mogłam już powstrzymywać się dłużej, gdy łaski potokami zaczęły się wylewać z ran krzyża choroby mojego męża. Dzieją się cuda. Wierzcie mi. Za jednym zamachem napisałam trzy kartki,  punktach. Rzeczy po ludzku dotąd zagmatwane i nierozwiązywalne same się rozwiązały. Śmiejemy się, że Bóg jednym precyzyjnym cięciem zniszczył gordyjski węzeł wielu problemów.

- Jednym precyzyjnym cięciem mojej nerki – dodaje żart mężulek.

To, czego doświadczamy najmocniej to dobroć ukryta w ludziach.

Moja przyjaciółka Ewa. Ta, za którą modlimy się, bo jest chora na raka piersi. Ona również doświadcza niemal utopienia w miłości i ludzkiej życzliwości. To ona mi powiedziała niedawno: Rut, jeśli ktoś mi kiedyś powie, że ludzie są źli, wyśmieję go. Ludzie są DOBRZY.

W naszym życiu pojawił się nie jeden, ale dziesiątki Szymonów Cyrenejczyków. Doświadczamy takiego otulenia ich miłością, takiej chęci współ-niesienia z nami tego krzyża. Nieustannie wyciągające się ręce, które chcą nas podtrzymać. Modlitwa, która ogarnęła już niemal pół naszego miasta; która za sprawą naszych przyjaciół rozlała się już poza granice Polski. Msze nieustannie zamawiane przez różnych ludzi w naszej intencji, podejmowane ścisłe posty, umartwienia, wyrzeczenia, ofiarowywanie własnych cierpień, oferty pomocy wszelakiej, także materialnej… A nam tylko łzy w oczach wzbierają gorącą rzeką. Łzy wdzięczności.

Z tych wszystkich cudów, jakie się dzieją napiszę wam tylko o jednym.

Gdy pojechaliśmy na wizytę do Centrum Onkologii w Warszawie. Umówioną przez Anioła w ludzkiej skórze, który nas wcale nie znał, ale tak poruszyła go nasza historia, że postanowił działać.

Okazało się, że guz jest naprawdę wielki. To straszny widok na wydruku z tomografii. Wielki i szybko rosnący, agresywny, cały czas broczący krwią. Konieczna jest szybka operacja żeby się nie przerzucił.

Niestety najbliższy możliwy termin to był 9 czerwiec. Wyszliśmy zdruzgotani. Nie wiedząc co robić. Nasz Anioł w ludzkiej skórze usiłował jeszcze coś po ludzku załatwić. Pobiegł szukać ratunku. Mój mąż poszedł do ubikacji, a ja zaczęłam szeptać: Aniele , mój Stróżu, pomóż nam, bo nie wiemy co robić. Jesteśmy tylko ludźmi. Mąż wrócił. Już zbieraliśmy się do wyjścia, gdy nagle na korytarzu ktoś zaczął krzyczeć nazwisko mojego męża. Był wzywany powrotem do gabinetu.

Oszołomiony lekarz powiedział : Proszę pana, to się nigdy jeszcze nie zdarzyło, ale przed chwilą przyszedł do gabinetu pacjent, który miał mieć operację za 2 dni i powiedział, że z niej rezygnuje. Czy Pan jest zainteresowany tym terminem?

Nogi się pod nami ugięły.

Odpowiedź była tylko jednaJ

Powiedzcie mi, że Bóg nie istnieje. Przekonajcie mnie o tym.

Mój mąż potem w domu powiedział: Wiesz, ja wiem, że ludzie wszystko potrafią sobie wytłumaczyć po ludzku. Powiedzą: A to był przypadek, zbieg okoliczności, miałeś farta, ale za dużo jest tych przypadków w całej tej historii żeby nie dostrzec działania Boga.

- Tak – powiedziałam – Ludzie niewierzący znają Boga pod imieniem Farta. Ale to wciąż ten sam Bóg, w którego my wierzymy.

Mój mąż właśnie odjechał. Jutro operacja. Modlimy się za wstawiennictwem Mateczki Tosi, czyli Matki Antoniny Mirskiej o kolejny cud. Byliśmy na jej grobie w okolicach Warszawy. Modli się do niej w naszej sprawie całe Zgromadzenie, które założyła, wszyscy nasi znajomi, przyjaciele… Proszę i Was, bo jesteście naszymi  przyjaciółmi i Szymonami z Cyreny. Cichymi świadkami Męki Jezusa ukrytej w naszym życiu. Świadkami Jego Krzyża i – wierzymy mocno – Zmartwychwstania do nowego życia.

 

Dziękuję Wam.

 

 

niedziela, 19 marca 2017

 

Ci z Was, którzy znają mnie dłużej wiedzą, że zawsze w czasie Wielkiego Tygodnia ja i moja rodzina doświadczamy jakiegoś cierpienia. Czasami precyzyjnie zaczyna się w Niedzielę Palmową i trwa do Wielkiej Soboty. Przeżywamy Krzyż nie stojąc z boku, lecz jakby od środka. To trudna łaska, ale łaska.

W tym roku krzyż przyszedł wcześniej.

Kilka dni temu mój mąż miał w nocy atak bólu. Nie działały tabletki. Na pogotowiu dali zastrzyk. Okazało się też, że od kilku dni w moczu jest krew. Czasem była sama krew. Duży skrzep zablokował pęcherz i mąż znalazł się na oddziale ratunkowym. Zrobiono USG.

  Lekarze zdiagnozowali u mojego męża Michała duży guz na nerce. 12-centymetrowy. Większy niż sama nerka.

Czekamy na kolejne badania. Operację.

I... ogromnie prosimy Was o modlitwę, bo potrzebujemy Szymonów, którzy pomogą nam iść naszą drogą krzyżową za Jezusem.

Tak wiele osób już się za nas modli, ale postanowiłam poprosić także Was, bo wielu z Was traktuję jak przyjaciół.

W naszych sercach nic się nie zmieniło. Ufamy.

 

 

 

 

 

sobota, 11 marca 2017

 

- A to co? – rzuca pytanie moja mama, biorąc wielkie koperty, które właśnie kupiliśmy na poczcie.

- Wysyłamy murzynkom skarpetki, majteczki i koszulki. – odpowiadam, zdejmując szalik – Do Kenii. Może chcesz się dołączyć? – pytam.

- Tak, chcę. Moim wdowim groszem. Czytałam, że siostry nie mają ich w co ubrać.

 

„Byłem nagi, a przyodzialiście mnie.”

 

Opowiadałam Wam jakiś czas temu o mojej drodze, o odkryciu  obecności Maryi w moim życiu, o Jej słowach, które tyle zmieniły, o uzdrowieniu ze śmiertelnego lęku, o zupełnej przemianie mojego życia i myślenia. Chcę Wam opowiedzieć o jeszcze jednej rzeczy, do której zostaliśmy wraz z mężem wezwani i jak na to wezwanie odpowiedzieliśmy.

Jak zwykle – wszystko przez Przypadek:)

Pewnego dnia natknęłam się na pewien wywiad w gazecie. Chłopak opowiadał jak borykał się z poważnymi problemami finansowymi, miał na utrzymaniu rodzinę, pracował na dwa etaty i nie mógł ani wyjść z długów ani poprawić bytu swojej rodziny. I wtedy ktoś ze znajomych zapytał go: A płacisz dziesięcinę?

- Jaką dziesięcinę? – chłopak był zbity z pantałyku.

- No, czy płacisz dziesięcinę Bogu. Jedną dziesiątą swoich przychodów. Czy oddajesz Bogu?

- Nie. A dlaczego miałbym to robić? – oburzył się ledwo wiążący koniec z końcem żywiciel rodziny.

- Bo przecież wszystko co masz, masz od Niego. Siły, zdrowie, rodzinę, chęci, zdolności, zapał, pomysły i wszystko inne. To dlaczego nie miałbyś Mu oddać jednej dziesiątej tego. Spróbuj. Ja płacę i Bóg jest wierny.

Wyobrażacie sobie wzburzenie rozmówcy. Skończył rozmowę i odszedł. „Też pomysł – pomyślał – to jak skazać moje dzieci na głód.” I zostało, jak było.

Ale z czasem sytuacja materialna jeszcze się pogorszyła i chłopak przyparty do muru przypomniał sobie słowa znajomego. Zaczął szukać informacji. Szybko znalazł opowieści o innych ludziach, którzy zaufali Bogu w ten sposób i się nie zawiedli. Znalazł też jeden szokujący fragment Pisma świętego mówiący o dziesięcinie.

„Przynieście całą dziesięcinę do spichlerza, aby był zapas w moim domu, a wtedy możecie mnie doświadczyć w tym – mówi Pan Zastępów – czy wam nie otworzę zaworów niebieskich i nie zleję na was błogosławieństwa w przeobfitej mierze.” (Księga Malachiasza 3, 10)                                              

Jedyny fragment, w którym Bóg zachęca, by wystawić Go na próbę, by Go wypróbować, by sprawdzić Jego wierność i hojność. Okazać zaufanie – zapłacić dziesięcinę i czekać na obfite błogosławieństwo.

I ten chłopak zaryzykował. I tak nie miał już innego pomysłu jak ratować sytuację. Był pod przysłowiową ścianą.

Zaryzykował i nie zawiódł się. Bardzo szybko pojawiła się nowa lepsza praca, stabilność finansowa, wyszedł z długów i mógł nawet zaoszczędzić tyle, by myśleć o dobudowaniu do małego domu kolejnego pokoju. Dziś opowiada o tym wszystkim i zachęca, by mieć odwagę rzucić się Bogu w ramiona.

Sparafrazowałam Wam tę historię, bo nie pamiętam szczegółów. Czytałam ją jakieś 3 lata temu.

Zadziwiło mnie to, ale odłożyłam „na półkę”. Opowiedziałam mojemu mężowi, ale nie miałabym odwagi zaproponować mu tak ryzykownego posunięcia w naszej skromnej sytuacji.

Ale jak Bóg się uprze na coś, to nie odpuszcza. Temat wciąż się pojawiał. Oczywiście zawsze przypadkiem. W Internecie, w telewizji, w czytaniach mszalnych, w rozmowach.

Za którymś razem nie wytrzymałam i porozmawiałam o tym z mężem. Mój mąż jest ogromnie mądrym człowiekiem i postanowiliśmy wspólnie, że będziemy dawać 5%. Tak asekuracyjnie:) Bo przecież naprawdę nie jesteśmy bogaci i mamy czworo dzieci.

Obliczyliśmy co i jak, gdzie i na co. I tak robiliśmy przez kilka tygodni. Ale z dziesięciną jest jak z jedzeniem cukierków. Jak już raz spróbujesz, nie możesz przestać. Ssie.

Czuliśmy jakiś niedosyt, jakieś mrowienie. Tak nam to doskwierało, że w końcu siedliśmy jeszcze raz, przeliczyliśmy po raz kolejny i zdecydowaliśmy: Rzucamy się w Jego ramiona nie na niby, ale naprawdę.

Pamiętacie? - wiara jest jak mięsień. Nie wyćwiczymy mięśnia podnosząc zapałki, ale prawdziwe ciężarki.

Od ponad roku nad naszym stołem wisi fragment z Malachiasza. Wyblakł już kilka razy i musiałam go poprawić. Po kilku miesiącach płacenia dziesięciny i wylewania się na nas ogromnych łask Boga, wzięłam długopis i  z rozmachem podkreśliłam słowa: MOŻECIE MNIE DOŚWIADCZYĆ i słowo PRZEOBFITEJ.

Prawda warta jest podkreślania.

Podzieliliśmy się obowiązkami.

Mój mąż prowadzi kwerendę, tzn. oblicza ile w danym miesiącu uzbieraliśmy „dziesięciny”, a ja szaleję po kobiecemu, wyszukując kolejne sposoby i okazje jakby Mu te pieniądze oddać. Podobnie jak na zakupach, tylko odwrotnie.

 Czasem jest to jakiś mały zakon, który mieszka w starym drewnianym domku i nie ma z czego go wyremontować, czasem biedna rodzina, czasem pieniądze na zbiórkę dla ciężko chorego na operację, czasem zamówienie mszy wieczystych za kilka osób, czasem na remont naszych parafialnych kościołów, na jedzenie dla bezdomnego… Sprawia nam to tyle radości i frajdy, że aż wstyd się przyznać, bo to my więcej zyskujemy na tej dziesięcinie niż ktokolwiek inny.

Ostatnio wycięłam z gazety prośbę siostry misjonarki z Kenii. Zajmują się tam biednymi dziećmi, placówka jest jedynym miejscem, gdzie te dzieci mogą odpocząć, pobawić się, czegoś nauczyć, umyć, najeść. Niestety często nie mają one nic, nawet bielizny. Wśród darów nie ma skarpetek, majteczek i podkoszulek, a pieniędzy nie starcza, by to kupić.

Siostry proszą więc, by wysłać takie rzeczy, ale koniecznie listem o wadze nieprzekraczającej 1kg. Inaczej musiałyby zapłacić dużą sumę za odbiór przesyłki, a odbiór jednokilogramowego listu jest w Kenii darmowy.

Jeśli ktoś z Was chciałby pomóc podaję adres:

S. Amabilis Gliniecka, PO Box 144 KahuroMurang’a

Kenia

Sprawdzałam na poczcie. Wysłanie takiego listu do Kenii to 38 zł.

Czasem trzeba tak niewiele, by zrobić dużo.

 

 

I potraktujcie te moje słowa jak Przypadek. Drugie imię Boga :)

 

 

wtorek, 07 marca 2017

Wszystko się budzi.

Dziewczynki polują na biedronki. Niemrawe jeszcze stworzonka biorą na dłonie, przenoszą z miejsca na miejsce, zachęcają do lotu.

- Biedronki już się obudziły. - mówi Ala pochylona nad kępką mchu spod którego wyszły w nakrapianych sukienkach.

- Taaak. - potwierdza tonem znawcy Laurka - to już musi być prawdziwa jesień skoro się obudziły.

20170305_140152

Dni są zmienne i czasem brak słońca. Ale ratujemy się:)

20170219_075318

Dziś na spacerze słoneczna aura gwałtownie się zmieniła. Pociemniało, a z nieba prosto na nasze głowy sypnęły lodowe groszki.

- Granat!!! Granat!!! - ucieszyła się, zawsze gotowa na przygodę córeczka.

Granat. Można się rozerwać:)

A czapki zostały w domu.

 

 

 

 

czwartek, 02 marca 2017

 

- Byliśmy z panią na wiosennym spacerze – opowiada przedszkolak – i widzieliśmy drzewo całe w pączkach. Tylko pani nie wiedziała jakie to pączki.

- Mmmm. Może z ajerkoniakiem – rozmarzam się.

- Albo z konfiturą z róży – dodaje Ala puszczając do mnie oko.

- A były posypane pudrem czy z lukrem? – dopytuje mężulek.

- Chciałabym mieć takie drzewo pączkowe. - myślę na głos.

Zszokowany maluszek patrzy na nas jak na wariatów.

- Ale to nie takie pączki!!! – wykrzykuje w końcu:)

Sezon szaleństwa wiosennego uważa się za otwarty.

w-wionie-naprzd-swj-pczki-na-drzewach-40136637

Pada deszcz, za chwilę przestaje. Świeci słońce, rozbryzguje się światło na jeszcze nieobeschłych kroplach. Znów pada. Słońce nie zgasło.

- Szukajcie tęczy!!! – krzyczę znad prasowanego obrusa – Pada deszcz i świeci słońce.

Dzieciarnia biega od okna do okna, rozgląda się na cztery świata strony.

- Nie ma. – wracają zawiedzeni.

- Musi być! Tęcza musi być. Nie ma opcji żeby jej nie było. – mówię i odkładam obrus. Idę szukać sama. Wkładam głowę kolejno we framugi okien, łapię kąt przymrużeniem powiek.

- Jest!!! – krzyczę w końcu, wpatrzona w kolorową wstążkę, która wystrzeliła w niebo prosto z dachu sąsiadów.

Obok mnie stoi mój wielki syn. Spodnie na tyłku ma białe od śniegu.

Chwila, chwila. Jakiego śniegu?

- Synu, coś ty robił, że jesteś taki upylony?

- Wulkan w piwnicy. – pada precyzyjna odpowiedź.

???

santamaria-wulkan-erupcja

Ach! Prawda. Projekt gimnazjalny. Wulkan ze styropianu. Ciekawe z czego będzie lawa?

Kładę obrus na kuchenny stół i nalewam sobie kolejną porcję owocowo-warzywnego smoothie.

Jest oczywiście zielone. A jakby inaczej. Z mango, bananem, kiwi i roszponką.

Laurka jest zdziwiona. Myślała, że Roszponka to księżniczka, a nie sałata:)

Wiosna.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75