RSS
niedziela, 21 października 2018

 

Wszystko oplecione lśniącymi nićmi.

Babie lato otula świat szczelnie jak kokon.

Znalezione obrazy dla zapytania babie lato

 

(Babie Lato Krzysztof Kargol)

 

Ja - otulona w ciepłą bluzę - siedzę na słonecznym patio mego domu.

Leciutkie włosy pajęczyn unoszą się w powietrzu, powiewają  u  gałęzi drzew i krzewów, osiadają na rzęsach, łaskoczą twarz.

Wiem, że małe pajączki uczepione tych wiotkich podpór, przemierzają swe drogi ku przyszłości.

- Szczęśliwe stworzenia – myślę – Nie muszą wybierać. Po prostu wiedzą jakimś szóstym zmysłem, że – choć nić wydaje się słaba i  cienka – trzeba się jej chwycić.

Mieć tylko jedną opcję – zaufać bez wysiłku, odruchowo,  po prostu.

Bez znaków zapytania, co jak haki rozkrwawiają serce.

Uchwycić się nici nadziei. Poszybować w przyszłość.

Gdziekolwiek ona jest.

 A ja…

 

             …  za każdym razem muszę wybrać: uchwycić się nadziei czy runąć w dół

             ... za każdym razem uwierzyć, że cienka nić zaufania drugim końcem spoczywa w Jego Dłoni

             ... wbrew skrzeczeniu ludzi i skrzypieniu faktów

 

Dramatyczne decyzje na brzegu krawędzi.

W zawieszeniu, wahaniu, trwodze.

 

Cena bycia świadomym i wolnym.

 

A On mówi: "... nie bójcie się - jesteście ważniejsi niż wiele wróbli... jesteście cenniejsi niż wiele pajączków"

 

 

środa, 03 października 2018

 

 

Zielony balkon mojego domu zawiesza mnie w słonecznym poranku. Przesuwam w dłoni czerwone koraliki, a czarne źrenice - po zielono-błękitnej przestrzeni wokół.

Spojrzenie spływa szorstką korą starej sosny, która pamięta dzieciństwo mojego dziadka. Potem podrywa się wraz z nagłym poszumem ptasich  skrzydeł ku koronom drzew sąsiadującego lasu. Zeskakuje po rudej kicie wiewiórki, która szybuje z gałęzi na gałąź i spada na trawnik przed domem. Nagle oko dostrzega jaśniejszą smużkę na pozornie jednolitej połaci trawy. Czerwony koralik zastyga jak krew pod palcem.

Wychylam się przez poręcz balkonu, by sprawdzić.

Tak. A jednak. To ścieżka. Ale dokąd ona prowadzi? I kto ją wydeptał?

Smużka pochylonych traw biegnie prosto od progu domu w kierunku sadu.

- 120 kroków – przypomina sobie centrala w mojej głowie.

Uśmiecham się.

 Tak. Liczyłam ostatnio. Dokładnie 120 kroków jest od progu mego domu do zakątka w sadzie, gdzie się modlę.

Czy to możliwe, że po trzech miesiącach z tych 120 kroków powstała drożyna? Jeszcze niedostrzegalna z poziomu ziemi, ale wyraźna, gdy wznieść się trochę wyżej.

Znalezione obrazy dla zapytania ścieżki w trawie

Czerwony koralik tkwi nieruchomo w palcach, lecz modlitwa trwa.

Myślę o Bogu.

Jak patrzy na nasze ścieżki. Jak widzi je wszystkie, choć my ich jeszcze nie dostrzegamy. Zna  ich początki i końce.  Rozwija je jak kłębki wełny. Wie dokąd biegną i gdzie nas zaprowadzą. Jakie lubimy wybierać i w jakim celu te właśnie a nie inne. Jedne prowadzą ku Niemu, inne są jak ucieczka. Ku jakim ludziom je wydeptujemy najczęściej, a których omijamy zgrabnym szusem? Jakie miejsca jak magnes ciągną nasze stopy? Które połacie życia nie dudnią pulsem naszych kroków ?

Skoro ja dostrzegam niedostrzegalne zarysy ścieżyn z dali, jak wyraźnie widzi je Bóg.

Perspektywa lotu Anioła.

„Nie tajne Ci moje ścieżki” – szumi fragment psalmu, wtórując szelestom lasu.

 

Skoro 120 kroków wystarczyło by wyrzeźbić  jeszcze jedną ścieżkę na tej ziemi,  to jak głębokie zmiany wyrzeźbiły w sercu?

Strzeż mnie jak czarnej owcy na zielonej hali nieba

Strzeż mnie jak czarnej owcy na zielonej hali nieba

Strzeż mnie jak…

Strzeż mnie.

 

 

 

 

piątek, 21 września 2018

- Lalcia – krzyczę wkładając głowę do domu

- Co?

- Chcesz zobaczyć prześcieradełka krasnoludków?

- Taaak – odkrzykuje podekscytowana i biegnie dudniąc po schodach.

Idziemy. Jest ranek. Chłodny jesienny, gorzko pachnący poranek.

Idziemy w szlafrokach i kaloszach. Szuramy nogami o zroszoną trawę.

- Mówię ci – opowiadam – mnóstwo  malutkich prześcieradeł.

- Pewnie prały. – domniemywa córeczka.

Dochodzimy do sadu i wstrzymujemy oddech z przejęcia.

Cała polana usłana jest białymi plamkami. Jakby ktoś płatki białej róży rozsypał, jakby ktoś chusteczki bielusieńkie pogubił.

- Ojej!!! – wzdycha Lalcia.

- Pewnie uprały i teraz suszą na słoneczku. – rozwijam wątek przypuszczeń.

Nachylamy się i dotykamy pierwszej z brzegu tkaniny rozpostartej pomiędzy źdźbłami traw i ziół.

Takie jesteśmy.

44-letnia matka i prawie 8-letnia córka.

Jedna w czerwonym, druga w różowym szlafroku, na zielonym dywanie w sadzie, zawisłe zachwytem na oszronionej rosą pajęczynie. Dwie małe dziewczynki.

 Znalezione obrazy dla zapytania pajęczyny rano na trawie

Więc kiedy moja mama mówi, że ktoś sugeruje bym została radną naszego miasta lub gminy… wszystko we mnie chichocze:)

Nie zdążę już nigdy dorosnąć do takich zaszczytów.

 

 

 

 

 

 

środa, 05 września 2018

 

- Mamooo!!! – krzyczy Lalcia na całe gardło. Jej głosik przelatuje nad zieloną przestrzenią traw, szybuje między liśćmi i igłami drzew, przemyka zwinnie  między skrzydłami rudzików, sikorek, zgrabnie omija sójkę rozbójniczkę i dociera do mego zakątka.

- Coooo!!! – odkrzykuję tą samą przetartą już drogą.

- Gdzie jesteeeeeś?

- W saaaadzie!!!

Lalcia zastyga niepewnie na patio. Do sadu raczej nie pójdzie, bo jest przekonana, że mieszka w nim lew.

- Hmmm. – zagaja do tatusia, który się właśnie pojawia obok – Mama jest w sadzie, a ja chciałam jej dać tego  kwiatka.

I pokazuje pojedynczy kwiatek pelargonii, który spadł widocznie z balkonu nad głową. Śliczny kwiatek w kolorze fuksja. Szkoda nie dać go mamie. To pilna sprawa.

- Mamoooo!!! – ponawia więc swoje nawoływanie.

- Coooo!!!

- Chodź szybko!!!

I mama wstaje i wraca. Bo mamy takie są. Wraca tylko po to, by zachwycić się małym kwiatkiem z rąk córeczki.

I przypominają mi się  Jego słowa : A jeśli wy dobrzy jesteście dla swoich dzieci i biegniecie rzucając wszystko, gdy one was głośno wołają, to o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, usłyszy i przebiegnie, gdy Go wezwiecie. Nawet gdyby to był drobiazg mały jak kwiatek pelargonii.

Podobny obraz

 

 

 

 

środa, 29 sierpnia 2018

- Aleś się spaliła – mówi mama patrząc na moje ogorzałe od słońca twarz i ramiona – Zupełnie jak Babcia Niebieska – dodaje – Ona też pod koniec lata była jak Murzynka.

Uśmiecham się.

Nie pierwszy raz w życiu słyszę ,że jestem jak ona.

Już  w dzieciństwie,  kiedy latem prowadzała mnie i Amelię po kumoszkach sąsiadkach, wszystkie zgodnie wykrzykiwały na mój widok: „Toż to wykapana ty Józefowo!!!”

Zadowolona była z tego porównania, ale nie dawała po sobie mocno tego poznać. A potem ściągnęła z okien kolorowe zasłonki i zaprowadziła nas dwie do wiejskiej krawcowej. Nakazała jej zdjąć miarę z wnuczek i uszyć dwie sukieneczki. Dla Amelii – w żółte kwiatki, a dla mnie błękitną w drobny kwiatowy rzucik.

Niebieski.

Uwielbiała ten kolor. Ściany miała niebieskie, zasłonki, drzwi do domu i okiennice, niezapominajki wszędzie wiły się modrymi strugami. I chustki miała niebieskie i bluzeczki, niebieskie sztuczne kwiaty całymi girlandami zwieszały się z kwietników, by dotrzymać towarzystwa figurkom Maryi w niebieskim płaszczu.

Dziś jej zdjęcie wisi w naszym nowym domu.  Ma na nim tyle lat ile ja dzisiaj. Rysy podobne do moich, sczesane gładko długie włosy, niesymetryczne powieki, żadnych zmarszczek, spojrzenie brązowych oczu przypomina wzrok sarny, ale serce jest mocne i uparte. Wielu się o tym przekonało. Zresztą, gdyby serce było płochliwe, nie przeszłaby nawet połowy swojej trudnej ciernistej drogi. Musiała być twarda i była. Mimo swej pozornej kruchości, wzrostu metr pięćdziesiąt, słabego zdrowia i dziury w sercu, o której istnieniu dowiedziała się kilka lat przed śmiercią.

Patrzę na jej zdjęcie codziennie. Myślę o niej codziennie. Noszę ją w sobie. Mieszkam w miejscu uświęconym jej pracą, modlitwą, potem, krwią i łzami. Co dzień jej dziękuję, że przygotowała mi to gniazdo, jak przygotowywała ziemię swoim roślinom.  I rosły tak, że ogród wzbudzał zazdrość wszystkich gospodyń z okolicy. Co dzień proszę, by mi towarzyszyła i pomagała w zmienianiu  kawałka świata i czasu, jaki mam przed sobą. I co dzień czuję, że jest blisko.

Jestem jak ona. I przyszłam, by wejść w jej trud i ponieść go dalej. By nadal kwitły tu kwiaty, by nadal świeciło słońce, by chronić co piękne i cenne, by błękitny płaszcz Matki osłaniał wszystko, gdy jak babcia szeleszczę paciorkami różańca.

 

Nie my zaczynaliśmy. Nie my skończymy. Jesteśmy jednym koralikiem, jednym oczkiem w łańcuszku.

Mali i ważni jednocześnie. Bo jeśli koralik nie wytrzyma, oczko się zerwie, łańcuch nie przetrwa.

Kiedyś może moja wnuczka spojrzy na moje zdjęcie. Odkryje, że ma powieki jak ja i sarni wzrok, i siłę w sercu, a mój krok ostatni jest jej pierwszym.

Non omnis moriar. - myślę wystawiając śniadą twarz ku jesiennemu słońcu. I przymykam asymetryczne powieki.

 

 

środa, 15 sierpnia 2018

- Jeszcze nie pachnie jesienią? – upewniam się zadając pytanie na poły retoryczne mojemu mężowi.

Siedzimy jak co rano na tarasiku przed domem i pijąc kawę, łowimy znane nam odcienie ciszy.

- Nie. Jeszcze nie. – odpowiada on.

- Ale już jaworek zaczyna spuszczać pierwsze czerwone liście. – zauważam, dotykając bosą stopą właśnie opadły liść.

- To z upału – uspokaja mnie mąż.

- Ale to pewnie już niedługo. – kontynuuję – Pewnego dnia wyjdziemy tu i poczujemy zapach zbutwiałych liści i grzybów i jabłek i czegoś jeszcze takiego, czym pachnie jesień. To już lada dzień.

Jakby na potwierdzenie powietrze przeszywa żałosny jęk żurawi, które w tym roku musiały osiedlić się gdzieś niedaleko. Ich zaśpiew otwiera nam dni i zamyka je na klucz wieczorem.

Mąż wstaje, zbiera filiżanki po kawie i jedzie po naszą młodszą dziatwę, która nocowała poza domem.

Nagle zrywa się wiatr. Zakładam sweter i chowam się głębiej w ciepły salon. Patrzę jak wiatr czesze czupryny drzewom, wyrywa im uschłe liście jak siwe włosy staruszkom. Dwa ptaki z trudem przebijają  wzburzony przestwór.

Jeszcze nie pachnie jesienią, ale już tuż tuż.

Pewnego ranka usiądę na tarasie rano i powiem: „Przyszła”.

I nie będzie odwrotu.

20180713_122207

Pajęczyna na krzewie wzdyma się jak żagiel, ostatni pąk łososiowy róży lśni jak koral w morzu zieleni. Jeszcze zieleni choć zmęczonej, przykurzonej od żniw, omdlałej jak dziewczę w południe.

Burza coraz bliżej huczy, krąży, szeleści spódnicami…

Siedzę przed otwartymi drzwiami , oparta plecami o spokój wnętrza domu….

Za mną stoją w blaskach słońca malowane na płótnie rumiany, przede mną szarpanina żywiołu i przyrody.  Ja POMIĘDZY.

Chłód przenika ciało, rozlewa się kłującymi szpileczkami w ciepłych jeszcze od snu żyłach.

Jesień się zakrada powoli.

Lato gaśnie.

Ja POMIĘDZY.

 

- Pani Ruttko, malujemy niedługo włosy?

- Tak Asiu. Siwe znowu widać.

 

:)

 

 

 

 

niedziela, 05 sierpnia 2018

 

Stoimy w mroku na balkonie.

W prześwicie między starą sosną, a na wpół uschniętym dębem olbrzymia tarcza księżyca powoli zachodzi woalem.

Ala ze swym lubym przytuleni w jednym narożniku, udają przez chwilę scenę z Titanica. Ja i mężulek wraz z rosłym synem i przyklejoną do kolana Lalcią  stoimy tuż obok. Nusi nie ma. Jest na harcerskim obozie.

Niebotyczna chwila.

Jesteśmy oto świadkami czegoś, czego nie widziały pokolenia i pokolenia nie zobaczą. Całkowite zaćmienie księżyca i Mars jak błyszczący chochlik tuż poniżej księcia.

Świadomość, że następny raz  będzie za ponad 400 lat jeśli w ogóle, sprawia, że dreszcz spływa jak strużka zimnej wody wzdłuż pleców. Mówimy nawet ściszonym głosem, szeroko otwartymi źrenicami łowimy każdy cień zmiany na twarzy srebrnego globu.

Przypominam sobie nagle co kilka minut temu powiedział chłopak Ali  - Grześko.

- Moja siostra mówi, że we Wrocławiu jest tak duże „zaśmiecenie światłem”, że trudno dojrzeć gwiazdy.

„Zaśmiecenie światłem” – powtarzam sobie w myśli zdumiewającą frazę.

Patrzę w atramentową wiejską noc . Miriady jasnych punktów otaczają mnie zewsząd na tym balkonie. Cisza niepokalana.

 

Czy światło może być śmieciem?  Czy nie chodzi raczej o błyskotki? – myślę – Lśnienia, które zabijają w nas wrażliwość na światła prawdziwe?

Rozświetlamy sobie nimi czasem nasze życia, wystrzelamy je jak race licząc, że nas uratują przed zagładą, puszczamy jak sztuczne ognie, chybotliwe świece na wietrze, próbujemy ogrzać się przy nich jak ta biedna dziewczynka z zapałkami, latamy wokół nich jak ćmy, opalając sobie skrzydła boleśnie.

Dom, auto, praca, drugie auto, sprzęt koniecznie-niezbędny, wygląd, wakacje, trzecie auto, najnowszy komputer, kiecka z dobrą metką, fryzjer, pierścionek, obraz, napęd hybrydowy,  kanapa skórzana, tytuł doktora habilitowanego, wywiad w telewizji, artykuł w prestiżowym piśmie, dyplom, premia, medal, awans, jeszcze droższe wakacje, lajki na facebooku, oklaski po przemowie, znajomości z tym i owym, dłuuugi kondukt pogrzebowy, morze wieńców .

Cisza.

Reflektorki na rampie sceny gasną. „Udławił się błyskotkami” – napiszą recenzenci.

 

I gdzieś w tym wszystkim ginie nam to, co jest  naprawdę światłem. I prawdziwym jego zaćmieniem.

 

Księżyc coraz szczelniej otula się w koc, gwiazdy jak diamenty rozsypane z rozdartej kolii lśnią coraz mocniej.

 - Nie daj się zaślepić Rut – szepce noc namiętnie. Jak kochanek stojący pod balkonem.

 - Nie w spełnianiu pragnień i ambicji jest ukryte szczęście. To radości krótkie jak flesz aparatu. Jeśli przywiążesz do nich swe serce, stanie się ono jak „zaśmiecone światłem” miasto.  Ślepe na blask słońca, księżyca, gwiazd, piękna, prawdy, ciszy i Boga...

Twoje życie jest zbyt cenne i zbyt krótkie, by tracić je na zbieranie śmieci.

 Znalezione obrazy dla zapytania zaćmienie księżyca lipiec 2018

 

Księżyc zgasł jak niedopałek papierosa.  Po raz ostatni w moim życiu.

 

 

 

 

 

niedziela, 29 lipca 2018

 

 

Przesycenie ciszą.

Żyję tu nasiąknięta nią.

Mimo żniw, które wybuchły jak granat pewnego upalnego ranka i skończyły się po północy kilka dni później. Mimo nawoływań sąsiadów, którzy wychowani w  olbrzymiej przestrzeni , próbują  przeszyć  ją na wskroś swym małym ludzkim głosem. Mimo ujadania psów czasem w nocy. Deszczu bębniącego jak dobosz po dachach i uszach liści. Mimo krzyku żurawi o porankach i zmierzchach – ich ptasiej żarliwej modlitwie. Mimo bzyczenia i buczenia, trzepotu, popiskiwania, szurania, tuptania, szelestu i wycia wiatru w kominie.

To wszystko zaiste nie przeszkadza by nasiąknąć ciszą aż do szpiku duszy.

A kiedy znużą mnie nawet ludzkie głosy biorę mój czerwony  różaniec, mijam kalinę dumnie obwieszoną równie czerwonymi koralami, mijam trampolinę moich dzieci, kilka sosen, dąb prawie umarły, mijam górkę i przy górce jabłonkę, a potem skręcam w sad tak dziki, że poniekąd jest już lasem. Na jego obrzeżu jest mała polanka usłana trawą, osłonięta niemal ze wszystkich stron zielonym płaszczem drzew. Na tym kawałeczku zmieszczę się akurat ja, stado pracowitych mrówek, mały krzyżyk, który zrobiłam z brzozowych gałęzi i kawałek styropianu pod kolana.

Brzmi to może śmiesznie i na wyrost, ale nazywam to miejsce moją pustelnią.

Tutaj cisza wnika jeszcze głębiej. Nie miałeś nawet pojęcia, że można sięgnąć tak głęboko w człowieka;  że to, co miałeś za sedno swej istoty, było tylko zasłoną dla dalszych korytarzy.

Cisza spada tu na ciebie jak jastrząb. Jesteś taki malutki wobec jej ogromu i siły. Poddajesz się od razu. Zanim mrugnie powieka, już jesteś w samym jej środku.

Patrzę na prosty krzyżyk. Dwa patyczki splecione kępką trawy. W palcach przepływa czerwony strumyk modlitwy do Matki. Zapraszam Aniołów, by stali obok, zapraszam bliskich zmarłych, zapraszam świętych, którzy od zawsze się mną opiekują i prowadzą przez wertepy życia. Modlimy się razem lub milczymy, wtapiając się w tę ciszę jak ziarenka piasku wtapiają się w żywicę płynącą z drzew.

Pamiętacie? Kiedyś pisałam o moim dziecięcym marzeniu. Obracałam w palcach grudki żywicy i zazdrościłam przypadkowo zamkniętym tam mrówkom czy innym owadom. Patrzeć na wszystko ze środka blasku – myślała mała Rut z tęsknotą niepojętą dla niej samej.

Teraz mam swoją grudkę żywicy. Zamykam się w niej codziennie. Na skraju dzikiego sadu.

Mój mąż i moje dzieci  wiedzą, gdzie jestem, gdy mnie nie ma.

20180505_081727

 

I może to przypadek, ale gdy wracam stamtąd, jabłonka, którą mijam, spuszcza mi kolejny dojrzały owoc.

Człowiek naprawdę potrafi dojrzewać tylko w ciszy.

 

 

czwartek, 05 lipca 2018

 

- Zawiodłaś mnie Moni – śmieję się do bratowej oglądającej nasz  dom – Dlaczego nie zapytałaś jak wszyscy: „A dlaczego ta rama jest pusta?”

- Bo ja wiem dlaczego. – śmieje się Moni.

Teraz śmiejemy się obie.

Jak dobrze spotkać ludzi, którym nie trzeba tłumaczyć, że rzeczywistość jest nieoczywista jako się zdaje racjonalistom, szkiełku i oku:)

Czy w wazonie muszą stać kwiaty? Czy w skarpetkach muszą być nogi? Czy w kubku musi być herbata?

 

Znalezione obrazy dla zapytania pusta rama

 

:)

 

 

poniedziałek, 25 czerwca 2018

 

 

Kiedy zmieniasz miejsce, ono też zmienia ciebie.

Nasz nowy dom zmienia również nas. Zmieniły się nasze zwyczaje, nasze rozmowy, upodobania, zajęcia jakim się oddajemy z zapałem, rozkład dnia,  nasz sposób pracowania, odpoczynku, jedzenia. Nie wzięliśmy tu ze sobą telewizora, na zasięg nie można liczyć, mikrofalówka kurzy się w kącie, a netu do niedawna nie mieliśmy.

Dziewczynki zaszyły się w książkach, mnie rozsadza inwencja twórcza, syn całymi dniami majsterkuje, a Ala przeżywa uroki pierwszej miłości. My oczywiście solidarnie razem z nią:)

Nieoczekiwanie pojawiły się nowe życiowe  role do zagrania: Ala jest świeżo upieczonym kierowcą i świeżo zarejestrowanym dorosłym obywatelem, Adam prawie upieczonym licealistą, ja i mąż – prawie teściami, a do tego ja święcę tryumfy  jako regionalny stróż prawa i moralności walczący z pijaństwem tubylczej ludności.

- Jestem takim pięknoduchem – mówię mężowi z nutką skargi w głosie. Siedzimy na tarasiku a zachodzące słońce ociera się miękko promieniami o nasze stopy.

- Powinnam żywić się nektarem i kroplami rosy, a muszę być szeryfem.

Miś kiwa głową. Wie przecież. Zna mnie. Przynajmniej tak myślał do tej pory:)

W dziwnych i oryginalnych rolach obsadza nas czasem życie. Bo nagle okazuje się, że umiem walczyć, że jestem twarda, niezłomna, ostra i sieję postrach wśród tych, którzy mają powody się mnie bać.

A potem odpinam gwiazdkę szeryfa i idę pleść wianki z koniczyny, albo rysuję z córkami kolorową kredą wielkie kwiaty na starej stodole, wyplatam ze sznurka dywaniki, przygotowuję tomik wierszy mojej córki, odbijam liście na zasłonie, układam bukiety w wazonach i suszę płatki róż na poutpouri.

Pamiętam jak kiedyś jeden z was  martwił się, że jestem tak delikatna i krucha, że nie poradzę sobie w tym brutalnym świecie. Sama się czasem o to martwiłam.

Jeśli mnie czytasz Alw, to bądź spokojny. Okazało się, że miękka z pozoru woda jest twardsza niż skały.

Że kruszy i rozsadza to, co wydawało się betonowym bunkrem, że żłobi nowe drogi w granicie.

Nigdy nie wiemy jaki olbrzym w nas drzemie, póki się nie obudzi. Sama jestem tym zdumiona.

Znacie biblijną Judyt? Piękną, kruchą i słodką. Ale gdy przyszedł czas, nie zawahała się chwycić miecz i bez mrugnięcia okiem odciąć łeb złu. A potem odeszła. Wciąż tak samo piękna, krucha i słodka.

Znalezione obrazy dla zapytania judyta

Jestem jak ona. Zbieram kwiatki i śpiewam piosenki, słucham świerszczy, prasuję ciuszki i piszę wiersze. Ale gdy trzeba…

Dopiero to miejsce pokazało mi jaką pełnią jestem.

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77