RSS
piątek, 18 maja 2018

 

Nasz nowy dom. Marzenie, które stało się ciałem.

Wszystko w nim nowe, pachnące, świeże, inne. Wszystko nagle, jednego dnia musiało się zmienić. Codzienne szlaki na podłodze, poranne rytuały, ulubione miejsca trzeba oswoić, kąty przyodziać w przytulność, przyzwyczaić się do innej stromizny schodów, innego odcienia cienia na ścianach, zaznajomić ze schowkami i ich zawartością, na innym boku sypiać.

Tak piękny jest ten dom. Prawie gotowy. Jeszcze tu i tam pociągnięcie pędzlem – ostatni retusz. Kilka pomysłów snuje się po głowie. Przedmioty przestawiane z miejsca na miejsce szukają takiego, gdzie będzie im najwygodniej. Część jeszcze w pudłach śpi, zupełnie nieświadoma co zaszło.

Że to już. Wielki dzień za nami. Przeprowadzka i nowe życie.

Specjalnie wybraliśmy go z tysięcy innych dni. 3 maja. Dzień Tej, Która ma tu królować na zawsze.

I od razu pojawili się nasi przyjaciele. Jedni. Drudzy. Następni. Ze śmiechem. Podarkami. Dobrym  słowem.

I stało się coś niesamowitego.

 

Bulgocząca zupa z dyni, kocie łapy na świerkowej podłodze,  obfitujące dzbany wody z cytryną i miętą, niezapominajki na olbrzymim kuchennym stole, dostawianie stołków dla licznej gromady, sesja w czerwonych sukniach na zielonym dnie starego sadu, dyndanie huśtawką, wspólna modlitwa i rozmowy, piski  dzieci z trampoliny, kilka głów zadumanych nad instrukcją namiotu, tradycyjne pytanie o pustą ramę na ścianie, czajnik z gwizdkiem  bez ustanku świrował na gazie, wywabianie kota z garderoby,  zagadka słabego ciśnienia wody przed wieczornym myciem, oglądanie bujności jagodzińców w lesie, zapach grillowanej kaszanki i jabłek z cynamonem, podziwianie popisów akrobatycznych wiewiórek i badbington rozgrywany przy krzaku bzu, chichoty z poddasza, stukot bosych pięt na schodach, zapach deszczu przyniesiony na naręczu kwiatów, chrzęszcząca pod zębami własna rzodkiewka….

Bujność wydarzeń oplotła nasz dom jak dzikie pnącza oplatają nagie mury. Każde miejsce nabrało sensu, a wnętrze wypełniły wspomnienia. Miłe chwile rozsiadły się wygodnie w fotelach, na krzesłach i kanapie. Ich urok osiadł jak złoty kurz na meblach, podłodze i żyrandolach. I budynek, wypełniony dotąd martwymi sprzętami, wziął pierwszy wdech i ożył.

Stał się domem.

Domy rodzą się podobnie jak ludzie.

 

 

sobota, 21 kwietnia 2018

Powiesiłam z córką nowe zasłony w nowym salonie nowego domu.

Zasłony ze złamanego różu.

I nagle całe pomieszczenie zasnuła różowa mgiełka trudnego do opisania uroku.

Jaką mamy władzę – pomyślałam zachwycona.

Tak wiele z tych pozornie prozaicznych czynności możemy otulić poświatą cudu.

Proszek do prania wsypuję za pomocą dużej muszli. I jakoś mniej dotyka mnie fakt, że pralka będąca na skraju naturalnej śmierci, terkocze jakby miała odlecieć w przestworza.

Pod prysznicem niemal co dzień mówię do o. Badeniego. Czytałam kiedyś, że określano go mianem mistyka spod prysznica, bo najpiękniejsze myśli o Bogu przychodziły mu w trakcie kąpieli. Więc modlę się: „Ojcze Joachimie, naucz mnie słuchać Boga i Go słyszeć, widzieć Boga i Go zobaczyć, dotykać Boga i Go poczuć.”  I wiem, że staruszek mnie słyszy. Woda szeleści  jak to woda, a my pogrążeni w poważnej rozmowie.

Ostatnio porwał mnie rytm walca płynącego z głośnika w hipermarkecie. Zatańczyłam pomiędzy alejkami z warzywami i owocami. Może i ktoś popatrzył dziwnie, ale przecież każdy ma prawo i do tańca i do dziwnych spojrzeń.

Zimą czasem do grubego swetra przypinam dużą broszkę z kwiatkiem. Taki przysłowiowy „kwiatek u kożucha”. Ale ile moich koleżanek i kolegów rozbawiam tym w pracy. Wszyscy od razu myślą o wiośnie i szarzyzna za oknem traci moc.

Lubię jeść chrzan wymieszany z powidłami z czarnej porzeczki. Oczywiście do kanapki z wędliną.

Modlę się za każdym razem, gdy usłyszę  gruchanie gołębi. To moi towarzysze, którzy przypominają mi nieustannie o kontemplacji Tego, Który dba o lilie na polu, ptaki na niebie i o mnie na ziemi.

Mamy taką władzę nad rzeczywistością naszych żyć.

Bo dlaczego nie dodać do sałatki płatków kwiatów, dlaczego nie powiesić zdjęcia do góry nogami , dlaczego nie umieścić pustej ramy na ścianie( tak bawią mnie pytania wszystkich gości: dlaczego to zrobiłaś?), dlaczego nie wytapetować łazienki tapetą w róże ( my tak zrobiliśmy:), dlaczego nie wyjść do ogrodu przez okno, dlaczego nie pójść opielić ogródka z filiżanką kawy w jednej ręce, dlaczego nie zrobić świecy i fikołka na środku trawnika, dlaczego nie biegać po deszczu….

Robić rzeczy nieoczywiste, wyskoczyć z ciężkich butów znudzenia i rutyny. Stworzyć swoje własne miłe zwyczaje, skrojone na moją miarę i w moim ulubionym kolorze.

I nagle nasze życie zasnuwa różowa mgiełka uroku nie do opisania, a wdzięczność rozsadza serce.

 

Zacznijcie od założenia czytanej książki zasuszonym listkiem:)

 

 

poniedziałek, 02 kwietnia 2018

 

Chodzimy po sadzie. Ja i mój syn. Ptaki śpiewają jedną ze swych wiosennych arii. Szaleńczo. Niemal łkając z radości.

Wszystko we mnie roztapia się jak wosk.

 To pewnie też sprawa słońca łaskoczącego czubek nosa i wplątującego złote nitki między rzęsy. To pewnie też kwestia zapachu ziemi. Mokrej, oddychającej z ulgą piersią uwolnioną z białego gorsetu śniegu. To zapewne ma związek także z pląsem wiotkich gałązek brzóz. I pewnie także z tym, że tak ramię w ramię idę sobie obok mojego wysokiego syna, który tak niedawno jeszcze wtulał się w zgięcie mojego łokcia jak małe kociątko.

Moje serce kapie roztopionym woskiem uczucia, które trudno nazwać w ludzkim dialekcie.

- Wiesz – mówię do syna – cieszę się, że nie znam nazw tych ptaków, które tak śpiewają. Że nie wiem czy to pieśń godowa, lęgowa czy sygnał ostrzegawczy. Że słysząc ten cały chór nie włącza mi się program analizy w mózgu. Pewnie wujek Max jako ornitolog nie słyszy już po prostu śpiewu ptaków. I jego serce nie cieszy się tymi wszystkimi odgłosami.

- Tak. On wszystko analizuje jako specjalista. – potwierdza moją intuicję syn.

- I cieszę się – dodaję mężowi już przy porannej kawie – że nie odróżniam jak ty niuansów w muzyce.

Ja po prostu słyszę piosenkę i cieszę się nią. Słyszę muzykę i ona wlewa się w moje wnętrze. Nie jest dla mnie istotne czy było pół tonu wyżej czy niżej.

Nie odróżniam też obrazów kiczowatych od arcydzieł. Po prostu jedne do mnie przemawiają a inne nie. Linia poszukująca i odpowiednia faktura nie ma na to wpływu.

 

 

Jestem specjalistą w zupełnie innej dziedzinie. Specjalistą od Boga:)

 Ale to bezpieczna specjalizacja, bo przy odrobinie pokory szybko rozumiesz, że twój przedmiot badań zawsze będzie niedościgniony twym rozumem, niepojęty zmysłami, nieujęty w pojęcia, niemierzalny, nie dający się rozrysować  w schematy. Nigdy nie możesz powiedzieć – poznałem Go na wylot i wiem o Nim wszystko. Wciąż i wciąż jesteś zaskakiwany jak dziecko. Więc,  gdy myślisz o Nim, słuchasz Go, mówisz do Niego, dotykasz, twoje serce roztapia się jak wosk w zachwycie, który nie zna słów na tej ziemi.

 

Takiego poznania Boga życzę Wam i sobie w te święta i na całe życie. Odbierającego mowę  zachwytu Marii Magdaleny, gdy padła przed Zmartwychwstałym w tamten poranek.

 

                                                                                                                                     - z uśmiechem  Rut

 

 

 

piątek, 02 marca 2018

 

Macie czasami takie dni?

Czas wydaje się przeciekać między palcami jak woda. A im usilniej próbujesz go schwycić, tym szybciej go tracisz.

Gdy byliśmy mali lubiliśmy lepić z plasteliny. Była twarda i nim zabraliśmy się do pracy, trzeba ją było długo „miętkować”. Tak to nazywaliśmy w naszym dziecięcym żargonie. Miętkowało się plastelinę, aż stała się ciepłą plastyczną grudką w dłoni, gotową, by nadać jej kształt.

Bywają właśnie takie dni. Masz taki wymiętkowany kawałek czasu w dłoni. Powinieneś coś z tym zrobić, a zupełnie nic ci nie przychodzi do głowy. Żaden pomysł, forma, figura. Stoisz z tym czasem bezradnie i czujesz jak grudka coraz bardziej zastyga w dłoni nieokreślona. Czujesz się zawiedziony, rozczarowany i chce ci się płakać jak dziecku, które uświadomiło sobie, że nic nie umie.

Macie takie dni?

Znalezione obrazy dla zapytania plastelina w dłoni

Ja mam. Wplecione od czasu do czasu między inne, bardzo kolorowe, intensywne i bogato rzeźbione dni.

I zawsze pytam po co one są.

Bezkształtne i szare byle co, bez nazwy.

Przeczuwam bardziej niż znam odpowiedź.

Ten czas pozornie bezładny, chaotyczny i nieokreślony kształtuje mnie samą. Sam pozbawiony kształtu jest przestrzenią określenia dokładniej kim ja jestem. Zadania sobie kilku pytań.

Czy jestem wartościowa tylko przez sumę tego, co osiągnę? Czy można moją wielkość zmierzyć moją produktywnością? Czy na tym polega mój fenomen ile zdołam zrobić?

Czy przestanę się liczyć, gdy nie będę zdolna do pracy? Gdy nie dam rady usiąść? Logicznie odpowiedzieć na pytanie?

A może stojąc cały dzień z grudką zastygającego czasu w dłoni, wciąż jestem ważna, piękna, potrzebna?

Jestem wartością samą w sobie.

Gdy leżę jak warzywo pod medyczną maszynerią, gdy błąkam się we mgle schizofrenii, gdy jestem alkoholikiem rzuconym jak śmieć do rynsztoka, gdy mierzę 1cm, gdy urodzę się bez czaszki, gdy ze starości nie pamiętam już kim jestem, gdy nie mówię, gdy nieuleczalnie chory powoli gasnę…

Nie muszę nic robić, nic udowadniać, nie muszę wyrabiać normy, nie muszę mieścić się w standardach jakości, nie muszę rokować na przyszłość, by być człowiekiem.

 

Tego uczą mnie takie dni, które ściekają między palcami bez kształtu.

Uczą mnie, że ja mam kształt. I nic tego nie zmieni.

 

 

 Że jestem ważna.

I nic tego nie zmieni.

 

 

poniedziałek, 05 lutego 2018

 

Wracamy od przyjaciół. Noc. Przed nami długa droga. Jej kraniec tonie w ciemności i gdyby nie rzędy świateł po obu stronach, trudno byłoby określić dokładnie gdzie droga, a gdzie bezdroże się zaczyna.

Podobny obraz

Małe punkty przed nami układają się w jasny szlak prowadzący do domu. Można je oczywiście zignorować; kusi myśl, że to nudne podążać wyznaczoną trasą; ściany lasu po prawej i lewej obiecują lepszą przygodę, czerń poboczy ma coś z mocy magnesu.

Można posłuchać szeptu bezdroży. Nie ma tam zasieków ni wysokiego płotu wzbraniającego wstępu.

Można. I przecież posłuchaliśmy w życiu nie raz. Nikt nie zatrzymywał. Nie szarpał za ramię. Jasne punkty wyznaczające drogę do domu milczały nienachalnie.

I poszliśmy. Nie raz. Nie dwa.

I szybko lub dużo później, poszarpani na strzępy, szukaliśmy w gąszczu nocy choć jednej iskry.

Jesteśmy dramatycznie wolni w wyborze drogi. I to czasem nasza największa katastrofa.

Ile razy musiałam zbłądzić by nauczyć się mądrości? – myślę wpatrzona w ciąg świateł przede mną.

Ile razy jeszcze pobłądzę, nim wrócę do domu.

 

„Twoje słowo jest światłem dla moich stóp i lampą na mojej ścieżce”. Psalm 119.

 

 

sobota, 13 stycznia 2018

 

- Niech mi pani powie co to jest? – stoi przede mną elegancki starszy pan z czerwonym małym jeżykiem pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. Jego twarz wyraża zdumienie dziecka, które odkryło, że kijanka to mała żabka.

- Liczi. – mówię z uśmiechem i dla potwierdzenia stukam w etykietę wiszącą nad półką z owocami.

- A to się je? – nie dowierza staruszek.

Kiwam głową.

- Obiera się ze skórki? I to jest słodkie? – pyta dalej mój rozmówca.

Potwierdzam coraz bardziej rozbawiona.

- Niech pan weźmie. – mówię w końcu – W życiu wszystkiego trzeba spróbować – dorzucam sama zaskoczona tym, co powiedziałam.

Starszy pan spojrzał mi prosto w oczy i nagle się roześmiał.

- Tak. Ma pani rację.- wykrzyknął.

Po czym sięgnął po woreczek i włożył doń pełną garść nieznanych owoców. Z figlarnym błyskiem w oku.

Znalezione obrazy dla zapytania liczi

 

Czasem mówimy rzeczy, o które byśmy się nie posądzali. Jakby mówił je przez nas ktoś inny.

Bo ja nie jestem zwolenniczką poglądu, że naprawdę wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Nie wszystkiego.

Ale widocznie starszy pan musiał to w tym dniu usłyszeć i usłyszał. Na dzień przed Sylwestrem i Nowym Rokiem. I mam nadzieję, że nie namówiłam go w ten sposób do skoku na bungee:)

 

 

 

piątek, 29 grudnia 2017

 

Słodki jak miód głos komentuje i zachęca.

Że naturalny twaróg i kruchy spód. I masło. I zdrowie. I tradycja. Na ekranie zgrabny kawałek sernika wyłania się przy wtórze bożonarodzeniowych dzwoneczków. Patrzymy z Laurcią a ślinka potoczkiem wypełnia usta.

- Jedyne 9,99 za opakowanie. – dodaje koronny argument miodny głos lektorki.

-Hmmm. – wpada w refleksję moja mała towarzyszka – 9,99 za opakowanie. A ile za sernik. – dodaje z nutką zawodu:)

 

I tak sobie myślę, siedząc przy choince. Znów takiej samej jak rok, dwa, trzy, osiem. Ten sam anioł skrzywiony z czasów buntu dwulatka Alusi znów jest bliski płaczu. Musierowiczowskie Janioły z nieco sfatygowanymi skrzydełkami podfruwają przy zabytkowych już prawie czerwonych lampkach. I pierniki pachną z przepisu tego co zwykle czyli Petsona i Findusa. Gwiazda na czubku co roku doklejana i ozdabiana. Wszystko to same a przecież inne.

Tak siedzę sobie ta sama i zupełnie inna. Patrzę tą samą nadzieją co zwykle, choć oczy nieco mi wypłowiały. I jak dziecko czekam wciąż na prezenty, ale wiem już, że w różnych przychodzą opakowaniach.

Czasem pudełko jest ciemne. Ale to nie zmienia faktu, że to, co otrzymuję jest prezentem.

W minionym roku tych ciemnych pudełek dostałam kilka. I zupełnie jak dziecko się przestraszyłam i rozpłakałam rozczarowana. Nie będę wam opowiadać o wszystkich. Najciemniejsza była choroba mojego męża.

Ale to tylko opakowanie. Ono nie jest esencją. Zdejmuje się je, wyrzuca do kosza i z czasem zapomina.

 To, co odkryjesz na dnie pudełka jest dla ciebie. Zawsze trafione. Zawsze dobre, choć nie w sposób banalny i oczywisty. Zawsze bardzo osobiste i tylko dla ciebie.

Tak jest z chorobą mego męża i wszystkimi tymi rzeczami, które dotknęły mnie w ciągu ostatnich miesięcy. Dotknęły bardzo mocno. Zburzyły co trzeba i co trzeba budują na nowo.

Mój mąż jest zdrowy. Żyjemy. Cieszymy się. Patrzymy w przyszłość. Rosną dzieci i dom nabiera ostatecznych kształtów.

 Jestem jeszcze słaba, ale tym bardziej czuję obecność Tego Mocnego. Odkrywam sens tego, co przyszło i czułość, z jaką byliśmy niesieni przez wzburzone fale. Uczę się odróżniać opakowanie od zawartości daru. I wdzięczności głębszej niż dyktowana euforią.

Widocznie wszystko to potrzebuje ciszy. Dlatego więcej milczę.

Ale jestem. I dziękuję tym, którzy są ze mną.

 

W Nowym Roku życzę Wam kochani dużo jasnych prezentów, a gdy otrzymacie taki w ciemnym pudełku - życzę odwagi odkrycia, że to tylko opakowanie skrywające prawdziwy dar.

 

 

 

środa, 04 października 2017

 

Zatrzymuję się pod jabłonią. Przysiadam w trawie. Sięgam po jabłko. Przykładam je do twarzy.

Czuję zapach.

Tylko stare dzikie jabłonie rodzą takie owoce. Żadne jabłko ze współczesnych targowisk świata nie pachnie taką pełnią i nie smakuje taką rozkoszą. Wolę jeden jego kęs niż kilogramy owoców tak wyhodowanych, by dawały niezmąconą niczym słodycz. Tylko słodycz. Mdlącą bardzo szybko. I nużącą.

Jak wszystko co samo łasi się pod nogi kobiercem.

Jabłko jest  złote, z rumieńcem przypominającym broczącą krew. W jego zapach wpleciona jest zapowiedź goryczy.

Przez chwilę zastanawiam się czy ugryźć.

Jest dojrzałe.

I małe.

- Nie można dojrzeć bez bólu – szepcze mój nieodłączny towarzysz mieszkający w sercu – I nie bez ran. – dodaje. – I nie sądź Rut, że dojrzałość i wielkość to synonimy. Można być małym, naprawdę małym.  Można być niepozornym i stać się dojrzałym.

Jeśli chcesz taka być, nie odrzucaj goryczy. I nie szukaj klaskania tłumów. Ani uśmiechów łaszących się pod stopy.

 

 

wtorek, 05 września 2017

 

Siedzę na leżaku. Słońce łasi się do mnie. W ręku przesuwam czerwone koraliki. Cicho zakrada się mój syn. Rozkłada stary koc tuż obok na trawie i kładzie się.

IMG_20170615_180350_HDR

- Co tam mama? – zagaja jak to on.

Nic więcej nie mówi, ale ja słyszę więcej niż tylko te trzy słowa.

Wyciągam drugą dłoń i gładzę jego plecy.

Cicho.

Łagodne jesienne promienie ogrzewają ciało i myśli.

Czułość powoli ścieka z serca arterią opuszczonej ręki, spływa w prostym geście na syna.

Tak niewiele trzeba, by powiedzieć: kocham cię.

 

A my piszemy sonety.

 

 

piątek, 01 września 2017

 

 

Fotel brazylijski to dobry wynalazek. Pewnie stary i intuicyjnie odpowiadający na ludzką potrzebę bezpieczeństwa.

Zwisam na nim. Materiał otula szczelnie jak kokon. Jestem dokładnie jak on, uwieszona na rosochatej gałęzi starej jabłoni.  W trakcie przeobrażeń.

Na drzewie domek dla dzieci, pod nim – piaskownica. I jedno i drugie pamiętają czasy, gdy nasze najstarsze dzieci były jeszcze małe. Biegam myślą tu i tam.

Dyndam nad ziemią bezpiecznie. Potem rzucam kotwicę wzroku w piasek.

Patrzę na niego i widzę ulotność chwil. Widzę przemijanie. Widzę złożoność ludzkiego losu. I Abrahama wraz z daną mu obietnicą. Nieodgadnioność świata. Mój początek i koniec, bo jestem z prochu. Widzę miałkość swoich myśli. Kruchość istnienia. Niepewne fundamenty.

170316124114_piasek_do_piaskownicy_Kamienie_Mosina

Czy wiesz Rut, że większość ludzi patrząc na piasek widzi tylko piasek? – pyta mnie ktoś niesłyszalny dla reszty świata.

Wiem.

Czy wiesz, że bywają tacy, którzy widząc piasek, widzą potencjalne budowle i mury, kielnię, zaprawę, cegły?

Wiem.

Czy wiesz, że odkryć w piasku przemijanie, początek i koniec, zagadkę i obietnicę dane jest nielicznym?

Wiem.

Czy wiesz po co jesteś?

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 76