RSS
niedziela, 19 marca 2017

 

Ci z Was, którzy znają mnie dłużej wiedzą, że zawsze w czasie Wielkiego Tygodnia ja i moja rodzina doświadczamy jakiegoś cierpienia. Czasami precyzyjnie zaczyna się w Niedzielę Palmową i trwa do Wielkiej Soboty. Przeżywamy Krzyż nie stojąc z boku, lecz jakby od środka. To trudna łaska, ale łaska.

W tym roku krzyż przyszedł wcześniej.

Kilka dni temu mój mąż miał w nocy atak bólu. Nie działały tabletki. Na pogotowiu dali zastrzyk. Okazało się też, że od kilku dni w moczu jest krew. Czasem była sama krew. Duży skrzep zablokował pęcherz i mąż znalazł się na oddziale ratunkowym. Zrobiono USG.

  Lekarze zdiagnozowali u mojego męża Michała duży guz na nerce. 12-centymetrowy. Większy niż sama nerka.

Czekamy na kolejne badania. Operację.

I... ogromnie prosimy Was o modlitwę, bo potrzebujemy Szymonów, którzy pomogą nam iść naszą drogą krzyżową za Jezusem.

Tak wiele osób już się za nas modli, ale postanowiłam poprosić także Was, bo wielu z Was traktuję jak przyjaciół.

W naszych sercach nic się nie zmieniło. Ufamy.

 

 

 

 

 

sobota, 11 marca 2017

 

- A to co? – rzuca pytanie moja mama, biorąc wielkie koperty, które właśnie kupiliśmy na poczcie.

- Wysyłamy murzynkom skarpetki, majteczki i koszulki. – odpowiadam, zdejmując szalik – Do Kenii. Może chcesz się dołączyć? – pytam.

- Tak, chcę. Moim wdowim groszem. Czytałam, że siostry nie mają ich w co ubrać.

 

„Byłem nagi, a przyodzialiście mnie.”

 

Opowiadałam Wam jakiś czas temu o mojej drodze, o odkryciu  obecności Maryi w moim życiu, o Jej słowach, które tyle zmieniły, o uzdrowieniu ze śmiertelnego lęku, o zupełnej przemianie mojego życia i myślenia. Chcę Wam opowiedzieć o jeszcze jednej rzeczy, do której zostaliśmy wraz z mężem wezwani i jak na to wezwanie odpowiedzieliśmy.

Jak zwykle – wszystko przez Przypadek:)

Pewnego dnia natknęłam się na pewien wywiad w gazecie. Chłopak opowiadał jak borykał się z poważnymi problemami finansowymi, miał na utrzymaniu rodzinę, pracował na dwa etaty i nie mógł ani wyjść z długów ani poprawić bytu swojej rodziny. I wtedy ktoś ze znajomych zapytał go: A płacisz dziesięcinę?

- Jaką dziesięcinę? – chłopak był zbity z pantałyku.

- No, czy płacisz dziesięcinę Bogu. Jedną dziesiątą swoich przychodów. Czy oddajesz Bogu?

- Nie. A dlaczego miałbym to robić? – oburzył się ledwo wiążący koniec z końcem żywiciel rodziny.

- Bo przecież wszystko co masz, masz od Niego. Siły, zdrowie, rodzinę, chęci, zdolności, zapał, pomysły i wszystko inne. To dlaczego nie miałbyś Mu oddać jednej dziesiątej tego. Spróbuj. Ja płacę i Bóg jest wierny.

Wyobrażacie sobie wzburzenie rozmówcy. Skończył rozmowę i odszedł. „Też pomysł – pomyślał – to jak skazać moje dzieci na głód.” I zostało, jak było.

Ale z czasem sytuacja materialna jeszcze się pogorszyła i chłopak przyparty do muru przypomniał sobie słowa znajomego. Zaczął szukać informacji. Szybko znalazł opowieści o innych ludziach, którzy zaufali Bogu w ten sposób i się nie zawiedli. Znalazł też jeden szokujący fragment Pisma świętego mówiący o dziesięcinie.

„Przynieście całą dziesięcinę do spichlerza, aby był zapas w moim domu, a wtedy możecie mnie doświadczyć w tym – mówi Pan Zastępów – czy wam nie otworzę zaworów niebieskich i nie zleję na was błogosławieństwa w przeobfitej mierze.” (Księga Malachiasza 3, 10)                                              

Jedyny fragment, w którym Bóg zachęca, by wystawić Go na próbę, by Go wypróbować, by sprawdzić Jego wierność i hojność. Okazać zaufanie – zapłacić dziesięcinę i czekać na obfite błogosławieństwo.

I ten chłopak zaryzykował. I tak nie miał już innego pomysłu jak ratować sytuację. Był pod przysłowiową ścianą.

Zaryzykował i nie zawiódł się. Bardzo szybko pojawiła się nowa lepsza praca, stabilność finansowa, wyszedł z długów i mógł nawet zaoszczędzić tyle, by myśleć o dobudowaniu do małego domu kolejnego pokoju. Dziś opowiada o tym wszystkim i zachęca, by mieć odwagę rzucić się Bogu w ramiona.

Sparafrazowałam Wam tę historię, bo nie pamiętam szczegółów. Czytałam ją jakieś 3 lata temu.

Zadziwiło mnie to, ale odłożyłam „na półkę”. Opowiedziałam mojemu mężowi, ale nie miałabym odwagi zaproponować mu tak ryzykownego posunięcia w naszej skromnej sytuacji.

Ale jak Bóg się uprze na coś, to nie odpuszcza. Temat wciąż się pojawiał. Oczywiście zawsze przypadkiem. W Internecie, w telewizji, w czytaniach mszalnych, w rozmowach.

Za którymś razem nie wytrzymałam i porozmawiałam o tym z mężem. Mój mąż jest ogromnie mądrym człowiekiem i postanowiliśmy wspólnie, że będziemy dawać 5%. Tak asekuracyjnie:) Bo przecież naprawdę nie jesteśmy bogaci i mamy czworo dzieci.

Obliczyliśmy co i jak, gdzie i na co. I tak robiliśmy przez kilka tygodni. Ale z dziesięciną jest jak z jedzeniem cukierków. Jak już raz spróbujesz, nie możesz przestać. Ssie.

Czuliśmy jakiś niedosyt, jakieś mrowienie. Tak nam to doskwierało, że w końcu siedliśmy jeszcze raz, przeliczyliśmy po raz kolejny i zdecydowaliśmy: Rzucamy się w Jego ramiona nie na niby, ale naprawdę.

Pamiętacie? - wiara jest jak mięsień. Nie wyćwiczymy mięśnia podnosząc zapałki, ale prawdziwe ciężarki.

Od ponad roku nad naszym stołem wisi fragment z Malachiasza. Wyblakł już kilka razy i musiałam go poprawić. Po kilku miesiącach płacenia dziesięciny i wylewania się na nas ogromnych łask Boga, wzięłam długopis i  z rozmachem podkreśliłam słowa: MOŻECIE MNIE DOŚWIADCZYĆ i słowo PRZEOBFITEJ.

Prawda warta jest podkreślania.

Podzieliliśmy się obowiązkami.

Mój mąż prowadzi kwerendę, tzn. oblicza ile w danym miesiącu uzbieraliśmy „dziesięciny”, a ja szaleję po kobiecemu, wyszukując kolejne sposoby i okazje jakby Mu te pieniądze oddać. Podobnie jak na zakupach, tylko odwrotnie.

 Czasem jest to jakiś mały zakon, który mieszka w starym drewnianym domku i nie ma z czego go wyremontować, czasem biedna rodzina, czasem pieniądze na zbiórkę dla ciężko chorego na operację, czasem zamówienie mszy wieczystych za kilka osób, czasem na remont naszych parafialnych kościołów, na jedzenie dla bezdomnego… Sprawia nam to tyle radości i frajdy, że aż wstyd się przyznać, bo to my więcej zyskujemy na tej dziesięcinie niż ktokolwiek inny.

Ostatnio wycięłam z gazety prośbę siostry misjonarki z Kenii. Zajmują się tam biednymi dziećmi, placówka jest jedynym miejscem, gdzie te dzieci mogą odpocząć, pobawić się, czegoś nauczyć, umyć, najeść. Niestety często nie mają one nic, nawet bielizny. Wśród darów nie ma skarpetek, majteczek i podkoszulek, a pieniędzy nie starcza, by to kupić.

Siostry proszą więc, by wysłać takie rzeczy, ale koniecznie listem o wadze nieprzekraczającej 1kg. Inaczej musiałyby zapłacić dużą sumę za odbiór przesyłki, a odbiór jednokilogramowego listu jest w Kenii darmowy.

Jeśli ktoś z Was chciałby pomóc podaję adres:

S. Amabilis Gliniecka, PO Box 144 KahuroMurang’a

Kenia

Sprawdzałam na poczcie. Wysłanie takiego listu do Kenii to 38 zł.

Czasem trzeba tak niewiele, by zrobić dużo.

 

 

I potraktujcie te moje słowa jak Przypadek. Drugie imię Boga :)

 

 

wtorek, 07 marca 2017

Wszystko się budzi.

Dziewczynki polują na biedronki. Niemrawe jeszcze stworzonka biorą na dłonie, przenoszą z miejsca na miejsce, zachęcają do lotu.

- Biedronki już się obudziły. - mówi Ala pochylona nad kępką mchu spod którego wyszły w nakrapianych sukienkach.

- Taaak. - potwierdza tonem znawcy Laurka - to już musi być prawdziwa jesień skoro się obudziły.

20170305_140152

Dni są zmienne i czasem brak słońca. Ale ratujemy się:)

20170219_075318

Dziś na spacerze słoneczna aura gwałtownie się zmieniła. Pociemniało, a z nieba prosto na nasze głowy sypnęły lodowe groszki.

- Granat!!! Granat!!! - ucieszyła się, zawsze gotowa na przygodę córeczka.

Granat. Można się rozerwać:)

A czapki zostały w domu.

 

 

 

 

czwartek, 02 marca 2017

 

- Byliśmy z panią na wiosennym spacerze – opowiada przedszkolak – i widzieliśmy drzewo całe w pączkach. Tylko pani nie wiedziała jakie to pączki.

- Mmmm. Może z ajerkoniakiem – rozmarzam się.

- Albo z konfiturą z róży – dodaje Ala puszczając do mnie oko.

- A były posypane pudrem czy z lukrem? – dopytuje mężulek.

- Chciałabym mieć takie drzewo pączkowe. - myślę na głos.

Zszokowany maluszek patrzy na nas jak na wariatów.

- Ale to nie takie pączki!!! – wykrzykuje w końcu:)

Sezon szaleństwa wiosennego uważa się za otwarty.

w-wionie-naprzd-swj-pczki-na-drzewach-40136637

Pada deszcz, za chwilę przestaje. Świeci słońce, rozbryzguje się światło na jeszcze nieobeschłych kroplach. Znów pada. Słońce nie zgasło.

- Szukajcie tęczy!!! – krzyczę znad prasowanego obrusa – Pada deszcz i świeci słońce.

Dzieciarnia biega od okna do okna, rozgląda się na cztery świata strony.

- Nie ma. – wracają zawiedzeni.

- Musi być! Tęcza musi być. Nie ma opcji żeby jej nie było. – mówię i odkładam obrus. Idę szukać sama. Wkładam głowę kolejno we framugi okien, łapię kąt przymrużeniem powiek.

- Jest!!! – krzyczę w końcu, wpatrzona w kolorową wstążkę, która wystrzeliła w niebo prosto z dachu sąsiadów.

Obok mnie stoi mój wielki syn. Spodnie na tyłku ma białe od śniegu.

Chwila, chwila. Jakiego śniegu?

- Synu, coś ty robił, że jesteś taki upylony?

- Wulkan w piwnicy. – pada precyzyjna odpowiedź.

???

santamaria-wulkan-erupcja

Ach! Prawda. Projekt gimnazjalny. Wulkan ze styropianu. Ciekawe z czego będzie lawa?

Kładę obrus na kuchenny stół i nalewam sobie kolejną porcję owocowo-warzywnego smoothie.

Jest oczywiście zielone. A jakby inaczej. Z mango, bananem, kiwi i roszponką.

Laurka jest zdziwiona. Myślała, że Roszponka to księżniczka, a nie sałata:)

Wiosna.

 

sobota, 25 lutego 2017

 

Czytam.

Z tej i owej strony nadlatują do mnie z szelestem skrzydeł książki. I nim jakieś pytanie przebrzmi na moich ustach, pojawia się kolejny papierowy ptak i przynosi odpowiedź.

Czytam.

Jak zwykle po kilka książek na raz.

Piętrzące się Himalaje na brzegu mego łóżka, lampka, czasem też wina:), ołówek, notatnik, zdumienie w oczach bo oto kolejny raz …

Jak to możliwe, że ktoś znał moje pytania, że wyciągnął właśnie tę nie inną książkę z półki, że pożyczył właśnie mnie, że w tym czasie nabrzmiałym potrzebą zrozumienia, że kartki tak a nie inaczej się ułożyły, a wzrok padł na tę a nie inną linię tekstu…

Posłuchajcie.

Na Emory University School of Medicine udało się skojarzyć zapach wiśni z lękiem. Skojarzyć czyli zrobić ścieżkę w mózgu, która prowadzić będzie od punktu A do punktu B.

W klatce badanych myszy rozpylano zapach wiśni i jednocześnie drażniono zwierzęta prądem. Zrobiono to kilkakrotnie. Potem wystarczył sam zapach wiśni, by myszy natychmiast wpadały w panikę i uciekały z piskiem. Najciekawsze jest jednak to, że ich potomstwo – nie poddane nigdy temu eksperymentowi – kojarzyło ten zapach z zagrożeniem. Aż do trzeciego pokolenia.

Wisnie-pomagaja-walczyc-z-podagra_img506df0dd247fa

A jak to jest z nami? Jakie doświadczenia powodują, że już zawsze kojarzymy je z bólem i będziemy ich unikać jak ognia?

Każdy mógłby tu napisać swoją obszerną listę zawodów, strat, rozczarowań, porażek, niespełnionych marzeń, wytyczyć dokładną topografię, wszystkie ścieżki niosące ból. Ja też ją mam wdrukowaną głęboko w archiwach pamięci. Rzadko sami przed sobą je otwieramy. Nigdy nie pokazujemy nikomu.

Nasze rany są głębsze niż strach przed zapachem wiśni.

Boimy się ludzi, boimy się Boga, boimy się świata, boimy się siebie samych, boimy się marzyć, boimy się relacji, bliskości, życia, śmierci, odpowiedzialności, konfliktów, rozmów, miejsc, konkretnych konstelacji zdarzeń…

Dlaczego tak dotkliwie i często doświadczamy bólu, który paraliżuje nas potem na całe życie?

Może dlatego, że wmawiamy sobie wiele kłamstw, które uważamy za prawdę, a gdy okażą się kłamstwami, jesteśmy zdruzgotani.

Chris Thurman pokusił się, by spisać takie nieprawdy, którymi usiłujemy żyć.

Oto kilka z nich:

- moim niepowodzeniom są winni inni ludzie

- wszyscy będą mnie lubić i okazywać miłość i życzliwość

- muszę być doskonały i bezbłędny we wszystkim

- jestem wartościowy, gdy osiągam najlepsze rezultaty

-tylko wtedy będę szczęśliwy jeśli zrealizują się wszystkie moje marzenia i pragnienia

- gdy związek jest trudny, widocznie nie powinniśmy być razem

- inni muszą się zmienić żebym ja mógł być szczęśliwy

- ja  zawsze realnie oceniam sytuację i nigdy nie przesadzam

- na bycie z Bogiem trzeba sobie zasłużyć

- jeśli Boga odrzucałem przez długie lata, On też mnie odrzucił

- inni mają lepiej

- Bóg ustrzeże mnie przez porażkami, cierpieniem i chorobami

- człowiek, który wierzy nie może być smutny, zagubiony, zły na kogoś

- prawdziwy mężczyzna musi zbudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna

- matka, która nie poświęca wszystkiego dzieciom nie jest dobrą matką

- życie powinno być przyjemne i pozbawione bólu

- pieniądze uczynią mnie bezpiecznym

- władza przyniesie mi szacunek i poczucie własnej wartości

- gdy spełni się moje największe marzenie, będę już zawsze zadowolony

 

Ileż tu jeszcze można by dopisać sięgając tylko do zakamarków naszej własnej jaźni.

Żadna z tych sentencji nie jest prawdziwa, więc jest stuprocentowo pewne, że przyniesie nam ból i rozczarowanie. Ból mnożony tysiące razy, przez wszystkie lata naszego życia.

Dlatego po pewnym czasie  większości z nas tak mocno opadają skrzydła, gorzkniejemy i na każdy przejaw życia nerwowo reagujemy. Jak myszy na zapach wiśni.

 Wisnie-pomagaja-walczyc-z-podagra_img506df0dd247fa

Mam swoich kilka zapachów wiśni. I wiele kłamstw na dnie serca, którymi karmię się od lat.

Jak dobrze to zobaczyć.

 

 

( na podstawie książki Augusta Pelanowskiego "To, co najważniejsze" )

 

 

środa, 22 lutego 2017

 

Lekarz stwierdził, że moja ręka nadaje się do częściowego użytku.

- Jutro idę do szkoły, wiesz? – mówię do najmłodszej córki, rozpłaszczonej wdzięcznie na środku podłogi.

- Wieem.  Znam to uczucie. – mówi sterany przedszkolak znad wykańczanego rysunku.

Z nutką goryczy w głosie?

:)

Nusia je sałatkę warzywną od babci.

- Dobra – stwierdza – Tylko za dużo pieprzu.

- To poczekaj! – wykrzykuje usłużnie Laurka i zeskakuje z krzesła – Dam ci soli.

:)

- Mam tyle pieniędzy, że mogę sobie kupić pięć kul. – chwali się wszem i wobec sześciolatka.

- Jakich kul? – pytam zdumiona.

- Nooo. Takich do picia:)

- Kul do picia? – czuję jak mózg mi się lasuje.

- Mamo – wtrąca Ala – chyba chodzi o coca-colę.

Aaaaa!!!

 

 

czwartek, 16 lutego 2017

 

Oglądamy czasem rodzinnie programy natury medycznej. Tak dla towarzystwa i solidarności z Alą i jej aspiracjami.

No więc pewnego wieczoru jest program pt. „Rzadkie choroby”. Przedstawiani są ludzie, którzy mają schorzenia układu kostnego. Jest chłopczyk, któremu nigdy nie kostnieją kości i jest nieustannie połamany. Są też ludzie, którym na skutek jakiegokolwiek urazu w kości zamieniają się inne tkanki. Prowadzi to w końcu do stanu całkowitego zesztywnienia w powoli tworzącym się wokół ciała pancerzu.

„Na skutek skostnienia klatki piersiowej brakuje miejsca na płuca.” – mówi lektor.

- A gdzie się zmieści serce? – rzuca pytanie retoryczne przyszła doktor Alicja.

Tymczasem na Laurkową twarz wypływa cień grozy.

- A gdzie dusza? – pyta przerażona o los najważniejszego narządu.

:)

 

 

Nasze ciała. Tak je kochamy. Tak o nie dbamy. Tyle wysiłku, by były sprawne, zdrowe, piękne, wiecznie młode. Kuracje odchudzające, zabiegi ujędrniające, masaże antycellulitowe, kremy przeciw-rozstępwe, rozjaśniacze na piegi, samoopalacze, sauny, cudowne specyfiki na zmarszczki, peelingi, rewitalizacje, dermo abrazje, farby do włosów, lakiery do paznokci, henny na brwi, maseczki na twarze, do tego tabletki, morze pigułek na wszystko i we wszystkich kolorach…

Nieustannie pielęgnowane i nienaganne „zewnętrza” nasze rozległe.

A w środku?

Wewnątrz tak często  pustka wprost proporcjonalna do przepychu tego, co na zewnątrz. Hula wiatr. Czasem dusza wciśnięta w kąt jak szara myszka. Przerażona i odarta, wygłodzona i zziębnięta.

Gdy nam spojrzeć głębiej w oczy, czasem  widać ją przez ułamek chwili. Ukryta za tą łzą nie-wiadomo-skąd.

- Aaaa, nie. Nie płaczę. Coś mi tylko wpadło do oka. – mówimy wtedy szybko i zmieniamy temat.

Skostniały egzoszkielet, w którym nie ma miejsca na duszę.

To gorsza choroba niż ta, która sprawia, że człowiek zakuty jest w klatkę własnego szkieletu.

 

Jak oddychać? Gdzie serce? A gdzie dusza?

 

 

 

 

niedziela, 12 lutego 2017

 

Ugotowaliśmy dwa gary bigosu z dziczyzną i upiekłam sernik z kokosową pianką.

Niemal każdy weekend celebrujemy jak jakieś święto.

Kocham życie. Zwykłą jego prozę i niezwykłą poezję wplecioną w domowe aromaty, dźwięki, barwy. Moje filiżanki z angielskiej porcelany, które kupiłam w sklepie ze starociami i w których piję codzienną kawę. Stertę czasopism Weranda Country i Moje mieszkanie, które oglądam po tysiąc razy, szukając inspiracji do urządzenia domu. Mój czerwony, miękki szlafrok –  towarzysz włóczący się ze mną często po domu. Miękki sweterek z kapturem, któremu zawsze podczas gotowania nadpalam nieco szerokie rękawy. Moją lampkę z metalowym satynowym kloszem, w słońcu której przemierzam kilometry drukowanych ścieżek. Mały drewniany stołeczek, który zrobił mój dziadek stolarz dla swoich prawnucząt, a ja go dziś wykorzystuję jako klęcznik. Moje kwiaty, bibeloty, książki, kosmetyki, obrusy, podkładki na stół, dzbanki i butelki z zasuszonymi wspomnieniami lata, dwa poobtłukiwane anioły w modrych sukienczynach.

DSCF3141

W całym tym słodkim rozgardiaszu moje dzieci. Ala dziś obecna w nostalgii oczekiwania jej powrotu z harcerskiego wypadu w góry. Nusia z czarnymi skrzydłami włosów opadających nad książką

( Musierowicz. Ku radości mojej i Alusiowej złapała  Jeżyckiego bakcyla:).

Syn – dorastający młody mężczyzna o 2 centymetry już ode mnie wyższy, który tak uroczo wygląda z niższym ojcem w objęciach. Przymierze wojowników:) No i Laurcia – charakterna, która pastwi się nad  zadanymi literkami w zeszycie w dwie linie. Ma dziś nastrój zmienny i porywisty jak halny w górach.

- Tylko żeby znowu te elki nie były jak zwisające ze sznura mokre skarpetki – przykazuję, obracając niepowodzenie w żart.

- Nie będą, nie będą – sapie sześciolatka, a potem nagle dodaje – Chyba zaraz zwymiotuję.

Z trudem hamujemy wybuch śmiechu.

- Żadne takie nie było – szepcze mąż mrugając okiem.

Żadne. Każde inne.

Gar bigosu szybko znika. Sernik jakby wyparował. W desperacji ratuję ostatnie kawałki dla pierworodnej, która gdzieś tam wraca z plecakiem w domowe pielesze. „Pewnie głodna i zmęczona, pewnie zmarznięta, pewnie buty przemoczone” – dynda macierzyńskie serce. Przyzwyczajone już, bo dziecko od lat w mundurze i niejedno już ma za sobą, a jednak wciąż dynda. Takie już są głupie macierzyńskie serca.

- I widzisz, nie odpowiada. – mówię do męża, po raz kolejny sprawdzając okienko komórki – Pewnie gdzieś siedzi w rozpadlinie skalnej… - roztaczam dramatyczną wizję, ale kąciki ust drgają mi ze śmiechu. Przecież wiem jak jest:)

- Daj jej swobodę. Niedługo odleci. – przypomina mąż.

Odgrzewamy drugi gar bigosu, zaparzamy herbatę. Ostatnio piję tylko „7 ziół”. Trochę się droczymy o układ mebli w planowanym salonie.

 

 

Ciepło rozlewa się po domu, zapach, rozmowy, muzyka…

Nasz zwyczajny niezwyczajny weekend. Zwyczajni niezwyczajni my.

 

 

piątek, 10 lutego 2017

 

- Hej Wiesiu, przyjedziesz dzisiaj? – pytam koleżankę, która po pracy miała mnie odwiedzić.

- Mam jeszcze korki. Za pół godziny skończę. – odpowiada – A może przyjadę jutro? Będzie lepiej.

- Ok. To umówmy się na jutro, bo wiesz…- waham się przez chwilę – chciałabym jeszcze wyskoczyć na zakupy.

- Dobra. To pa.

Wciskam ikonkę z odłożoną słuchawką.

„Dlaczego skłamałaś Rut?” – mam w głowie nowe połączenie.

Nie wiem co powiedzieć. Przecież idę na mszę wieczorną. Cały dzień na nią czekam. Mąż mnie zawiezie, udało mu się wcześniej wrócić z budowy. Tak mi zależało, a jemu śrub  zabrakło przypadkiem:)

Dlaczego więc powiedziałam nieprawdę???

Kogut nie zapiał. Za oknem gardłowo odezwał się gołąb.

 

 

wtorek, 07 lutego 2017

 

Idę na przełaj białą kartką naszego sadu. Brodzę w śniegu zostawiając głębokie ślady.

Buty przepuszczają wodę, ale to jedyne, w jakich mam odwagę teraz chodzić – solidne, wieloletnie, typu glany. Najbardziej im ufam, choć to jednocześnie te same, które mnie zawiodły podczas upadku.

Jestem jednak typem, który nie wycofuje zbyt szybko swego zaufania.

Śnieg nie skrzypi, nie ma mrozu. Lśni tylko oszołomiony promieniami słońca. I jest cały zapisany tropami  tych, którzy przeszli tu przede mną. Tu zając, tam stadko ptaków – może przepiórek, a na ukos sarna. Tajemnicą poliszynela jest dla nas nieustannie jak to możliwe, że sarny się tu przedostają.

6129                                                                                                                 ( zdj. z bloglesniczego)

 

Wszak mąż naprawił płot, postawił nowe słupki, dosztukował ubytki siatki. Sprawa wydawała się załatwiona.

Latem byliśmy niemal pewni, że nikt tu się nie zakrada. Jesienią zaczęliśmy nabierać podejrzeń na widok ogryzków jabłek pod drzewami, ale zima obnażyła już całą prawdę o wędrówkach zwierzyny po sadzie.

Nie mamy nic przeciwko, niemniej zawsze zdumieni jesteśmy sprytem gości i naszą własną naiwnością, że płoty cokolwiek tu odgradzają, a brama cokolwiek zamyka.

Chcielibyśmy, jak to ludzie wydzielać strefy, określać: tu moje, a tu wasze, wprowadzić jakieś zasady, ale nasz przyszły dom stoi na skrajach trzech lasów i to przesądza o wszystkim.

 Bo jak tu oddzielić cokolwiek, skoro między drzewami owocowymi posiały  się i rosną w najlepsze sosny, dęby i brzozy, a pod śliwką węgierką można zbierać i śliwki i maślaki?

Jak określić co nasze, skoro dzikie pszczoły umiłowały wychowywanie potomstwa w szparach między cegłami naszego domu, a sójka regularnie usiłuje zamieszkać z nami pod jednym dachem? Jak wyprosić wiewiórkę ganiającą się z ptakami po naszym trawniku? Jak można wyrzucić jeżową z jej dziećmi z ogródka, albo wytłumaczyć młodemu szarakowi, że kalafior nie był posadzony dla niego?

Na przekonywaniu kreta, że nie jesteśmy zainteresowani oraniem trawnika spędziliśmy ładnych parę lat:) Bezskutecznie.

Jak uciszyć krzyczące wniebogłosy młode dzięcioły w dziupli nieopodal? Jak jaskółce wyperswadować, by nie wlatywała za każdym razem, gdy coś uchylimy? Jak nieba nie wpuścić przez okno? Jak nie dać się zmieszać muzyce z szumem sosny? Jak zakazać soplom zwisania zewsząd? Jak zabronić deszczowi stukania palcami w dach? Co zrobić z piorunami, które nieustannie uderzają w starego dęba? Jak poskromić miliony nasionek brzozowych i opanować dziką żądzę osik, by rosnąć wszędzie?

Nie ma płotów, ani granic, które powstrzymałyby to wszystko.

Jedyne, co możemy zrobić to spleść swoje ślady z ich śladami i zamieszkać razem pod wielkim dachem nieba.

Kiedy więc idę białą kartą mojego – „niemojego” sadu, splatam figlarnie warkocz z moich i „niemoich” śladów na śniegu. To mój podpis pod umową o współ-najmie tej ziemi.

 

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 74