RSS
sobota, 24 września 2016

 

- Muszę zatankować twój samochód. – oświadcza mój mąż o 6:40 rano.

- To nic. Pójdę na mszę pieszo. – odpowiadam i wychodzę w rześki poranek.

Napełnić bak, bo daleko nie zajadę. Staram się codziennie.

To kolejny etap mojej drogi. Codzienna msza, codzienna Komunia.

Nie zawsze się udaje. Są różne dni, o różnym natężeniu, zmęczeniu materiału, więc nie zawzinam się przy tym „codziennie”. Niemniej wiem, że kiedyś to nastąpi, od dawna widziałam to na horyzoncie przed sobą, od jeszcze dawniej czułam pragnienie w sercu. Jestem spokojna, czas niech płynie, wydarzenia i okoliczności tak się układają by to, co dotąd „odświętne” stało się „codziennością”.

Kiedyś, nim urodziłam dzieci, msza była moją codziennością. Potem przyszły obowiązki, trudności z wyrwaniem się z domu choćby na chwilę. Trochę to trwało nim zgodziłam się z tym stanem. Dziś wiem, że trzeba umieć zgodzić się na pewne etapy swego życia, zaakceptować ich trud i wyrzeczenie, pamiętać, że fale na wodzie z czasem układają się do snu, a powierzchnia łagodnieje. Dzieci podrosły, a ja mogłam wrócić do tego, co dla mnie ważne.

Nie jestem łatwa w prowadzeniu. Nikt nie potrafi mnie prowadzić w tańcu, bo się mu wyszarpuję i szukam własnego kroku. Niełatwo mną pokierować w życiu. Sama mam z tym problemy:) A jednak czuję „prowadzenie” i widzę jak mu się poddaję.

Bo jest to mądre prowadzenie, nic na siłę, raczej propozycje do przemyślenia, zarysy na horyzoncie, które widzę na długo długo wcześniej i przyzwyczajam do nich mój wzrok i serce. A po pewnym czasie pojawia się pragnienie, by podejść i tego dotknąć, ukonkretnić.

Tak stało się z codziennym różańcem, codziennym czytaniem Biblii, tak stało się z uznaniem mojego grzechu, którego nie uznawałam, tak stało się z dziesięciną, tak było z oddaniem się w niewolę Maryi, tak dzieje się teraz z codzienną mszą świętą, tak teraz jestem pociągana do rozpoczęcia kierownictwa duchowego.

Nie jest łatwo mną kierować. Jestem uparta i krnąbrna jak osioł. A jednak Maryi to się udaje.

A ja widzę kolejne zarysy na horyzoncie. Przyjdzie czas, gdy je przyjmę i zrobię kolejny krok.

Matka uczy swoje małe dziecko chodzić. Po ziemi i po ...wodzie.

 

 


poniedziałek, 12 września 2016

 

Dziękuję za słowa i za uśmiechy.

A oto obiecany przepis:)

 

CIASTO CZEKOLADOWO - MIĘTOWE

CIASTO( biszkopt czekoladowy):

- 5 jajek -3/4 szkl.

- 2/3 szkl. Mąki

-1/3 szkl kakao

* Białka zmiksować na sztywna pianę. Można dodać odrobinę soli, by się lepiej ubiły.

*Do białek dodawać partiami cukier ciągle miksując

* Dodawać po jednym żółtku, ciągle miksując.

* Wyłączyć mikser. Do masy jajecznej dodawać partiami mąkę wymieszaną z kakao i delikatnie mieszać drewnianą łopatką.

* Ciasto wyłożyć do tortownicy wyłożonej na spodzie kółkiem papieru. Nie smarować boków.

* Piec około 35-40 minut w temp. 160-170 stopni, góra-dół.

* po upieczeniu gorące ciasto wyjąć i z wysokości około 30 cm upuścić ( w formie) na podłogę lub blat.

* Zostawić do ostudzenia, potem odkroić brzegi i rozkroić ciasto długim nożem na 3 blaty.

MASA MIĘTOWA:

- 2 śmietany kremówki

- 2 serki mascarpone

- kilka gałązek świeżej mięty

- paczuszka landrynek miętowych ( np. z Biedronki)

- cukier puder

* Landrynki ( całe opakowanie) zawinąć w ściereczkę i potłuc na drobno młotkiem do mięsa. Można skruszyć w kruszarce do lodu.

* Śmietanę kremówkę wlać do garnka, wrzucić gałązki mięty oraz potłuczone landrynki i zagotować ciągle mieszając, by landrynki się rozpuściły i nie przywarły do dna.

* Zagotowaną śmietanę odstawić do ostygnięcia, a potem przykryć i włożyć do lodówki na kilka godzin lub całą noc. Potem wyjmujemy listki mięty.

* Schłodzoną śmietanę ubijamy na sztywną masę, dodajemy cukier puder do smaku oraz serki mascarpone

* można dodać zielony barwnik spożywczy

 

PRZYGOTOWANIE CIASTA : Placki nasączamy wodą z cytryną i przesmarowujemy masą miętową. Na wierzch także masa i dekorujemy dowolnie np. listkami świeżej mięty.

 

Smacznego:)

 


piątek, 02 września 2016

 

Pamiętacie Borejków?

Nad kuchennym stołem mieli miejsce, gdzie wieszali na ścianie mądre sentencje, wierszyki, śmieszne rymowanki typu: „kto mlaszcze, temu w paszczę”, zdjęcia rodzinne, rysunki dzieci, zapiski…

My od jakiegoś czasu mamy na ścianie przy kuchennym stole korkową tablicę, a na niej dokładnie to samo, co rodzina z Jeżyc:) Jest tam np. nasze narodowe godło, które wyszło spod ręki Laurki ( kiedyś Wam je pokażę), są różne cytaty typu: „kawę pije się dopiero, gdy się jest starym i roztrzęsionym” ( ciotka Paszczaka:), są słowa z Biblii, obrazek Jezusa miłosiernego, serduszka dla każdego członka rodziny…

Ostatnio przybył tam jeszcze jeden napis.

JEZU, TY SIĘ TYM ZAJMIJ!

Jak zwykle natknęłam się na te słowa zupełnie przypadkowo. W jakiejś gazecie wspomniano o ks. Dolindo Ruotolo i o tym, że objawiał mu się Jezus. Wiele ze rozmów ksiądz spisywał, a po jego śmierci notatki wydano w postaci książki. Nie znam tytułu. Wiem tylko, że trwa proces beatyfikacyjny ks. Dolindo. Wielu mówi, że gdy autor notatek trafi na ołtarze, słowa: „Jezu , Ty się tym zajmij” staną się równie znaną modlitwą jak „Jezu, ufam Tobie” św. Faustyny. Jedno i drugie zdanie wyrażają dokładnie to samo. Bezgraniczną ufność człowieka wobec Boga.

Znalazłam w necie fragmenty z notatek ks. Ruotolo. Akurat mamy kilka kłopotów, więc czytając te słowa, czułam, że są naprawdę do mnie, do nas.

Jezus mówi:

„Z jakiegoż to powodu wzburzony ulegasz zamętowi? Oddaj Mi swoje sprawy, a wszystko się ułoży i uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, każdy akt prawdziwego oddania i zawierzenia mi przyniesie owoc i rozwiąże napięte sytuacje.

Całkowicie zdać się na Mnie oznacza nie zadręczać się i nie wzburzać, nie popadać w desperację, nie napinać się nerwowo, prosząc Mnie, bym idąc waszym zamysłem, przemienił wzburzenie w modlitwę. Całkowicie zdać się na Mnie znaczy zamknąć ze spokojem oczy duszy, odwrócić niespokojną myśl i zamęt i zdać się tylko na Mnie, modląc się słowami: »Ty się tym zajmij«”. „(...) Zamknij oczy i pozwól Mi działać, zamknij oczy i pomyśl o teraźniejszości, odwróć wzrok od przyszłości jak od pokusy; odpocznij we Mnie, ufając w Moją dobroć, a zapewniam cię na Moją miłość, że kiedy zwrócisz się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, oddam się tej sprawie całkowicie, pocieszę cię, wyzwolę i poprowadzę. I kiedy będę musiał poprowadzić cię inną drogą niż tą, którą zaplanowałeś, będę ci przewodnikiem, wezmę na ramiona, przeprowadzę cię, niosąc jak matka niemowlę na rękach, na drugi brzeg.

To twój racjonalizm, tok rozumowania, zamartwianie się i chęć, by za wszelką cenę zająć się tym, co cię trapi, wprowadza zamęt i jest powodem trudnego do zniesienia bólu. Ileż to mogę zdziałać, czy mając na względzie potrzeby duchowe, czy też materialne, kiedy dusza zwróci się do mnie słowami: »Ty się tym zajmij«, kiedy zamknie oczy i się uspokoi.

Otrzymujecie niewiele łask, kiedy się zamartwiacie. Wiele zaś łask spada na was, jeśli tylko modlitwa wasza staje się pełnym zawierzeniem i oddaniem się Mi. W bólu i cierpieniu prosisz, bym działał, ale tak jak ty tego chcesz... Nie zwracasz się do Mnie, a chcesz jedynie, bym się dopasował do twoich potrzeb i zamysłów. Nie jesteś chory, skoro prosząc lekarza o pomoc, sugerujesz mu leczenie.

Módlcie się tak, jak was nauczyłem: »święć się imię Twoje«, czyli bądź pochwalony, uwielbiony w mojej potrzebie. »Przyjdź królestwo Twoje«, czyli niech wszystko, co się dzieje, przyczynia się do stwarzania Twojego królestwa w nas i na świecie. »Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi«, czyli to Ty wejdź i działaj w tej mojej potrzebie, (…) Jeśli powiesz mi naprawdę: »bądź wola Twoja«, czyli jakbyś mówił: »Ty się tym zajmij«, wkroczę z całą moją mocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. (…) Powiadam ci, że się tym zajmę i podejmę działania jak lekarz. Uczynię nawet cud, jeśli będzie to potrzebne. Masz wrażenie, że sytuacja się pogarsza? Nie burz się; zamknij oczy i mów: »Ty się zajmij«. Powtarzam ci, że się tym zajmę, że nie ma potężniejszego lekarstwa niż moje działanie z miłości”.

 

 

Dlatego słowa: „Jezu, Ty się tym zajmij” wiszą od jakiegoś czasu nad naszym stołem. Są jak wytrych, gdy mi smutno i nie wiem jak sobie poradzę z tym czy tamtym. Cicho je literuję w głowie wpatrzona w Jego oczy. Ty się tym zajmij.

 


 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

 

Każdy ma swoją ulubioną muzykę, ulubione barwy, ulubione zapachy, uwielbiane smaki, tkaniny, wnętrza, filmy, książki, pościel, przedmiot w szkole, pory dnia, nawet ławkę w kościele. Ja też tak mam. Jak każdy.

Ostatnio odkryłam jakie jest moje ukochane ciasto. Najpyszniejsze ciasto na świecie. I nieskromnie wyznam się, że – posiłkując się propozycjami w necie – sama je skomponowałam, nauczyłam się piec i prawie doszłam w tym do perfekcji.

Oto ono.

Ciasto czekoladowo-miętowe. Niebiańskie połączenie smaku czekolady i orzeźwiającej mięty.

Są chwile w moim życiu, gdy mam na coś niesamowitą, porywającą chęć, że to coś „chodzi” za mną i domaga się odpowiedzi.

Ale coraz częściej mam też takie chwile kiedy mąż pyta: Jadę do sklepu. Masz na coś ochotę?

A ja patrzę na niego dziwnie i mówię: Wiesz, na nic nie mam ochoty. Zupełnie na nic.

On jeszcze dopytuje, drąży. Może ser pleśniowy, może wino, moje jogurt pitny, może czekolada, moje napój jakiś?

Ale z każdą kolejną propozycją jestem coraz bardziej pewna, że nic, absolutnie nic mnie nie zaspokoi.

Są też takie chwile, gdy rzucam w przestrzeń: Poróbmy coś. I nim jeszcze przebrzmi ostatnia sylaba tego zdania, gdzieś w głębi serca wiem, że cokolwiek zrobię, to nie będzie to, czego pragnę.

Czasem siadamy przed telewizorem. Coraz rzadziej jakoś, ale czasem jeszcze. Bierzemy pilot do ręki, lecz z każdym przerzuconym kanałem coraz mocniej rośnie przekonanie, że to, co możemy znaleźć na szklanym ekranie, to nie jest to, czego potrzebujemy.

Myślę: Może by coś zjeść? A echo w sercu odpowiada: To nie o to chodzi. Może by się z kimś spotkać? A głos w sercu mówi: Nie tędy droga. Może by coś napisać? To bez znaczenia. Może któraś książka? Nie znajdziesz tam odpowiedzi. Może by w coś pograć? Może coś kupić ładnego? Może spacer? Rower? Rozmowa z kimś przez telefon? Alkohol? Kolejna kawa? Lody? Wszystko cieszy na moment, a na dnie zostaje niespełnienie i gorycz. Takie chwile są długie i bolesne.

Gdziekolwiek zwrócę wzrok, wiem na pewno, że to nie to, że szukam czegoś innego.

Głód. Straszliwy głód czegoś, co trudno nazwać.

Nazywaliśmy ten stan „zblazowaniem”, bo wszystko, co chcemy, mamy lub możemy mieć. No, prawie wszystko.

Ale to chyba nie jest słuszna nazwa. To nie „zblazowanie”. To tęsknota. Serce się „wywierca” – jak napisał o. Szustak w „Ośle w raju”.

Nagle natknęłam się na tę książkę i na ten fragment. Oczom nie mogłam uwierzyć, że ktoś jeszcze tak ma:) że kogoś tak nosi jak mnie.

„Jest taki moment w życiu każdego i , myślę, że go znacie, - moment, gdy nie wiadomo, co ze sobą zrobić. Nagle okazuje się, że cokolwiek robimy, jest niewystarczające, wszystko to jest za mało, nie wypełnia, nie daje poczucia sytości duszy. Byłem kiedyś we Wrocławiu na rekolekcjach. Drugiego dnia, po konferencji, usiedliśmy wieczorem z jednym z braci w klasztorze, obejrzeliśmy jakiś film niewysokich lotów, tak, żeby jakoś uratować wieczór, potem poszedłem do swojej celi, coś tam napisałem do duszpasterstwa w Krakowie, odpisałem na jakieś trzy maile… I ciągle tak mnie coś wierciło – coś było nie tak. Za co bym się nie zabrał, to nie to. Może bym się pomodlił… Ale nie. Tak iść do kaplicy, tam siedzieć… Może bym poszedł do jakiegoś brata… Ale też, tak gadać z nim… Bez sensu. Może bym jakiś film obejrzał… Ale nic ciekawego. Może bym spać poszedł… ale mi się nie chce… Być może znacie ten moment. Moment, gdy nie wiadomo, czym się zająć. Czymkolwiek się człowiek zajmie, zawsze coś nie tak. To są absolutnie najważniejsze momenty w życiu. Dlatego, że to jest jasny znak, że serce zaczyna się wywiercać. Ale my znajdujemy tysiąc sposobów na to, jak je załgać, zagłuszyć i zapełnić czymkolwiek: filmem, ludźmi, muzyką, najlepiej jakąś przyjemnością… Czymś się zająć żeby tak nie wierciło, bo nie da się wytrzymać ze sobą. (…) To są momenty, które my często przegapiamy i czymś zatykamy. Nie róbcie tego.(…) nie szukajcie żadnego zastępnika. Bo to się wywierca wasze serce. Ono zaczyna się dopominać o to, czego chce. Czego naprawdę chce. (…) jeden z moich współbraci mówi inaczej: to są takie momenty, które się objawiają tak zwanym syndromem lodówki. Kiedy człowiek przechodzi koło lodówki i myśli: „Ciekawe co tam jest…” Tak, jakby nie wiedział. Ale mówi: „A, zajrzę, może będzie coś, czego się nie spodziewam…” ( stąd się brzuchy biorą). To jest syndrom lodówki. Jest też syndrom telewizora: „A, zarzucę tak, poćwiczę kciuka, może coś będzie ciekawego”.

 

Kiedy to przeczytałam, jakbym czytała o sobie. Lata całe udawało mi się serce zagłuszać, a teraz jakbym tę zdolność straciła. Na szczęście. Serce mi się wywierca, a ja już doskonale wiem, że nie ma sensu włączać TV, ani komputera, ani gmerać w lodówce, ani iść do sklepu i nawrzucać do koszyka, ani poszukiwać palcem po grzbietach książek, ani szukać w kontaktach telefonu… To nic nie pomoże.

Paradoksalnie pomaga cisza, milczenie. Paradoksalnie syci dzień, gdy postanawiam pościć o chlebie i wodzie. Paradoksalnie mniej się nudzę, gdy wcale nie wchodzę na telewizyjne programy lub Internet. Paradoksalnie doświadczam bliskości, gdy jestem sama. Paradoksalnie kilka śliwek zerwanych prosto z drzewa jest słodsze niż góra drogich egzotycznych owoców.

Paradoksalnie? A może nie ma w tym żadnej sprzeczności. Bo moje serce doskonale wie czego chce, a czego nie chce. Wystarczy go nie próbować oszukiwać. Zresztą, zauważyłam, że po czterdziestce nie tak łatwo wywieść je w pole. Ono się będzie wiercić aż dziurę w klatce piersiowej wygrzebie. Moje serce tęskni coraz bardziej, nie da się zwodzić, odciągać. Ono wraca do domu. Czasem tylko zatrzyma się przy kawałku ciasta czekoladowo-miętowego i biegnie dalej.

Bo ono pragnie tylko Jednego.

 

 

 

Niespokojne jest serce moje Panie, póki nie spocznie w Tobie.

 

Ps. Przepis na ciasto podam niebawem:)

 


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

 

Chcę Wam jeszcze coś pokazać. I opowiedzieć.

Nie wiem czy słyszeliście o Ojcu Danielu. Ja trochę słyszałam. Niektórzy ludzie stąd jeżdżą do jego pustelni Czatachowa. Ojciec jest młody, ale dojrzały duchem. Modli się, głosi Słowo Boże i dzieją się cuda. Osobiście znam kogoś, kto był alkoholikiem a teraz – po spotkaniu z o. Danielem – zupełnie zmienił swoje życie.

Ostatnio natknęłam się na taki krótki filmik, w którym o. Daniel opowiada o chwili, gdy jego życie uległo przemianie. Kilkanaście lat temu. Posłuchajcie.

świadectwo O. Daniela – doświadczyłem Ducha św.

 

To, co mnie poruszyło w jego świadectwie to nie tylko znak łez, dokładnie taki, jakiego ja doświadczyłam, gdy Bóg mnie dotknął przez ręce kapłana. Jest jeszcze coś.

Twarz. Moja twarz.

Bóg nieustannie, od wielu miesięcy zwraca mi uwagę na ten temat. A On jest naprawdę uparty.

Niemal za każdym razem, gdy dotykam swojej twarzy, gdy rano czy wieczorem obmywam ją wodą.

Mówi: Dotykaj delikatnie twojej twarzy. Dotykaj jej z miłością. To jedyna taka twarz na świecie. Jesteś moją Twarzą. Jedynym takim rysem Mojej Twarzy w świecie. Kochaj Twoją twarz.

Mówi to z taką czułością i powagą jednocześnie.

Jak wielu mam problemy z kochaniem i akceptowaniem siebie. Pewnie każdy je ma. Chyba najbardziej ci, którzy wydają się tacy pewni siebie, przebojowi i bez kompleksów. Bóg wie jak trudno nam przyjąć siebie, takimi , jakimi jesteśmy. Wielu z nas zakłada maski, bo nie może zaakceptować prawdy o sobie. Wielu „kocha” siebie głupią miłością, która jest spełnianiem wszystkich żądz i zachcianek i ostatecznie prowadzi do zniszczenia.

Kochać swoją twarz to przyjąć siebie. On nas przyjmuje. On dotyka naszych twarzy, głaszcze je jak matka muska z miłością policzki niemowlęcia.

- Jestem zakochany w Tobie – mówi Bóg – Kocham każdy milimetr Twojej twarzy, prawdy o Tobie.

Jeśli kiedykolwiek mieliście wątpliwość czy Bóg potrafi mówić i czy mówi, porzućcie ją.

On nie jest niemy ani głuchy. Wystarczy tylko szczelina otwartości z naszej strony, szczelina milczenia, chwila ciszy, bez strachu, że „zwariowałam, bo słyszę głosy”. Poznacie Jego głos. Z czasem coraz łatwiej go odróżnić od własnych myśli. To, co mówi Bóg nigdy nie urodziłoby się w Waszej głowie i nie przyniosłoby takiego oceanu pokoju. Nie byłoby tak zaskakujące i tak zupełnie nie Wasze.

Kochaj Twoją twarz. Jesteś Moją twarzą w świecie. Jedyną taką twarzą, jedynym takim obliczem. – mówi do mnie od wielu miesięcy. Mówi do każdego.

Przypominajcie sobie te słowa, gdy rano dotkniecie wodą swej zaspanej twarzy, gdy spojrzycie w swoje oczy w lustrze nad umywalką.

 

 

 

sobota, 20 sierpnia 2016

 

Wróciliśmy z naszych wojaży.

Kilka bardzo intensywnych dni, spotkań z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, śmiech i niedowierzanie, że minęło tyle lat, urodziło się tyle dzieci, że wszystkie nie mieszczą nam się w kadrze. A my wciąż gdzieś - mimo upływu kolejnych wiosen - tacy sami. Gitara i śpiew. Ludowe piosenki przeniosły nas w czas naszego wesela, kanony Teize przypomniały korzenie, Stare Dobre powiało nutką nostalgii i zadumy. Gwarne posiłki, stadko dzieci wokół, wspomnienia jak wstążki wplecione we włosy. Pożegnania i nowe powitania, kolejne twarze, mapy min, kaskady rozmów. Spacery wśród łanów kwitnącej nawłoci, cichy szept świerszcza na wiejskim cmentarzu. Słowa wyszywane na podkładzie sączącej się z radia muzyki. Stukot naczyń ładowanych do zmywarki, ryk miksera przy wypieku sernika, tajemne przedsenne narady dzieci i nasze chichotanie około północy.

Wszystko upychane bez ładu i składu w głowie. Dokładnie tak samo logicznie jak liczne i wciąż przybywające bagaże we wnętrzu naszego vana.

Wypełniliśmy się po brzegi.

A w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w domu Matki.

Tutaj, wpatrzona w ciemną Twarz, nagle roztopiłam się w ciszę.

Wszystko jest piękne i bogate, ekscytujące i napełniające, ale Wszystko nie stanie się nigdy Pełnią jeśli nie ma Boga.

 

Wszystkich Was oddałam i tam zostawiłam.

 

 

piątek, 12 sierpnia 2016

Dziś wyjeżdżamy.

Po raz pierwszy w życiu całą rodziną będziemy też na Jasnej Górze. Serce mi się wyrywa do Matki. Matki mojej, ale i całego mego narodu. Matki każdego z Was, nawet jeśli jeszcze niektórzy z Was może tego nie wiedzą, nie czują, nie pragną. Ja jeszcze niedawno byłam kimś takim. Ale ona każdego kocha, o każdego dba, każdego otula płaszczem.

Wszystkich Was przed Jej Obliczem ofiaruję i zawierzę.

Jeśli ktoś chciałby zanieść do Niej szczególną prośbę, możecie napisać w komentarzu. Przepiszę na kartce i zostawię na Jasnej Górze.

 

 

Maryjo, Tobie się oddaję zupełnie. Moje ciało i duszę, pragnienia i marzenia, moje wspomnienia i rany z przeszłości. Moje wczoraj , dziś i jutro, każdą chwilę życia, każde tchnienie, każde uderzenie serca, drgnienie powiek. Oddaję Ci moje noce i dni, moją pracę i odpoczynek, moje radości , cierpienia i smutki. Wszystko, co posiadam jest Twoje Matko. Oddaję Ci tych, których kocham, ale także tych, z którymi łączą mnie trudne relacje. Oddaję Ci całe dobro, które uczyniłam kiedykolwiek, każdy szlachetny gest, każde słowo miłości. Oddaję Ci także mój grzech, moją ciemność, to, co mnie jeszcze oddziela od Ciebie i Twojego Syna. Matko, weź w swoje dłonie całe moje życie. Noś mnie w swoim łonie jak nosiłaś Mego Brata Jezusa , Ty mnie zachowaj, karm , żyw, chroń i ukształtuj bym była coraz bardziej do Niego podobna. Amen.

 

środa, 10 sierpnia 2016

 

Głos powiedział: poczekaj, więc czekałam.

Głos zamilkł.

 

Dwa tygodnie później Ewa - moja koleżanka z pracy wzięła mnie na stronę i szeptem zapytała:

- Rut, nie wiesz może jak i gdzie można przyjąć Szkaplerz Karmelitański? Chciałabym się oddać w opiekę Maryi.

Wierzcie mi, że omalże się nie roześmiałam.

- Nie wiem. – powiedziałam – Ale się dowiem i przyjmę go razem z tobą.

Niedługo potem odbyła się w naszym domu kameralna uroczystość przyjęcia szkaplerzy.

Ksawery pobłogosławił je i założył na szyję nie tylko mnie i Ewie, ale także jej mamie, siostrze, siostrzenicom oraz mojemu mężowi i dzieciom.

Od tamtego dnia – zgodnie z obietnicą - nieprzerwanie dzieją się cuda.

Przede wszystkim cud mojej miłości do Matki i miłości do różańca, który stał się moją codzienną modlitwą. Dla mnie to są niesamowite znaki, bo tylko ja jedna wiem jak strasznie nie kochałam i jak bardzo teraz kocham. Jak unikałam modlitwy różańcowej i jak jej teraz pragnę. Nie ma dnia bym nie klękała przed obrazkiem Maryi i nie brała sznura paciorków do ręki. Mój mąż od wielu miesięcy nieustannie odmawia Nowennę Pompejańską – bardzo trudną modlitwę, którą można porównać do Mont Everestu pobożności maryjnej.

Zmieniło się wszystko. W nas, pomiędzy nami, przy nas.

Doświadczam cudu nieustannego nawracania i przemiany życia, w tym wyznania grzechów nigdy nie wyznanych, tych nieuświadamianych nawet; niesamowitej wrażliwości sumienia, zrozumienia tego, co dotąd rodziło bunt, poddania się Bożemu prowadzeniu nawet w sferze finansów.

Wszystko, wszystko przeniknęła łaska i nadal jak strumień drąży coraz głębiej.

Maryja prowadzi nas tak ekscytującą drogą ku świętości, że trudno to opisać nawet gdyby wydrukować grubą książkę. Spróbuję Wam z czasem opowiedzieć choć trochę z tego czym żyjemy dziś.

 

 Wczoraj było wspomnienie bł. Edyty Stein. Gdy szukałam czegoś o niej, pierwsze zdanie na jakie się natknęłam to jej słowa. O dziwo, dokładnie o tym o czym pisałam Wam wczoraj:)

Łaska nie dokona swego dzieła w duszach, które z własnej woli na nią się nie otworzą; również Maryja nie wypełni swego macierzyństwa tam, gdzie się Jej człowiek nie zawierzy.


Co to jest zawierzenie?

Maryja prosi: Pozwól mi być Twoją Matką. Pozwól zaopiekować się Tobą.

Zawierzyć to pozwolić Jej, by nas kochała.

Nic więcej.

Reszta dzieje się sama.

 

wtorek, 09 sierpnia 2016

 

Dwa , trzy razy w roku jeżdżę na weekendowe rekolekcje. Mam swoje ulubione miejsce. Pełne ciszy, bez znajomych, z księdzem tak prostym, że wprost nieprawdopodobne, że Bóg wybiera takie narzędzia. A jego wybrał z pewnością. Jedno słowo, które wypowiada jest cięższe od milionów innych, mądrych, uczonych, kwiecistych słów, jakie słyszałam i czytałam.

Na rekolekcjach opowiedziałam mu o tym strachu i czającej się wszędzie śmierci. Czułam się zupełnie bezradna. Poprosiłam go o modlitwę. Powiedział: To może być dręczenie. Położył dłonie na mojej głowie i zaczął prosić. Przez Niepokalane Serce Maryi!!!

Gdy zaczął modlić się za moje życie ukryte w łonie mamy, nagły szloch rozerwał mi pierś.  Bez żadnego ostrzeżenia czy wstępu. Zalałam się potokami łez.

Jeśli tego kiedykolwiek doświadczyliście, wiecie, że nie ma w słowie „potoki” żadnej przesady. Gdy Bóg leczy, wielu z nas tak reaguje na łaskę. Ja tak reaguję.  Potoki , które przerywają wszystkie tamy. Tamy wstydu, zażenowania, chęci lansowania się. Nic z tych rzeczy już cię nie obchodzi. Bóg dotyka Cię tak mocno, zmienia w jednej minucie twoje serce, czyni wszystko nowe. A ty płaczesz zanosząc się szlochem.

Nie wiem co wydarzyło się, gdy byłam w łonie mojej mamy, ale to coś powodowało nękanie przez śmierć. I zostało uleczone w jednym momencie. Tamtego listopadowego dnia dwa lata temu.

Ta modlitwa sprawiła, że przestałam się bać. Po tylu latach. Od razu, bez zwłoki, jednym gestem Bóg przywrócił mi pokój, którego nigdy nie miałam. Przywrócił przez Niepokalane Serce Maryi!!! I trwa to do dziś. Nawet trudno opowiedzieć jak to zmieniło życie moje i mojej rodziny. Nie biegam w popłochu od okna do okna wyczekując powrotu dzieci czy męża, nie robię im wymówek i pewnie byłam jedną z nielicznych matek, która wysyłając córkę na ŚDM mówiła: Dziecko, nie bój się. Nic się nie stanie. To impreza Pana Boga, obstawiona orszakami anielskimi:)

Ale to nie koniec cudów.

Zaraz po modlitwie, cała mokra od łez poszłam do kaplicy.

W ołtarzu głównym jest obraz Maryi, która idzie drogą do Elżbiety. Maryja jest we wczesnej ciąży, to widać. Wyciąga rękę w kierunku patrzącego. Uśmiecha się lekko.

Zwykle unikałam patrzenia na Nią. Ale tym razem zapatrzyłam się i nagle odkryłam, że cała złość na Nią zniknęła z mego serca. Razem ze strachem. Razem z raną okresu prenatalnego.

Wtedy usłyszałam: „Zawierz mi swoje życie, a zaczną się w nim dziać cuda”.

Nie był to głos, który można usłyszeć uszami. Raczej uporczywa myśl z zewnątrz, która przenika w głąb twoich myśli. Zupełnie nie twoja myśl - jesteś tego świadomy.

Ten głos towarzyszył mi od tego dnia co dzień przez wiele dni. Chyba nawet próbowałam go zignorować. Wiecie, strach przed szaleństwem jest olbrzymią barierą.

W końcu, za którymś wezwaniem zapytałam: Ale co to znaczy „zawierzyć”? Co mam zrobić?

-Poczekaj – usłyszałam Jej głos – pokażę ci niedługo.

 

 

 

 

"Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną" (Psalm 23)

 

 

Ps. Jakieś dwa tygodnie temu zaczęłam słuchać o. Szustaka na You Tube. Choć oczywiście znałam go już wcześniej. W końcu natknęłam się na jego świadectwo nawrócenia. Gdy się nawrócił był już zakonnikiem. Wszystko zaczęło się od jednej modlitwy. Dwóch charyzmatycznych kapłanów położyło na nim dłonie i zaczęli się modlić. Mówi, że podczas tej modlitwy zalał się łzami - on, twardy, racjonalny chłop ryczał jak dziecko. Potem stał się kimś zupełnie innym. Gdy tego słuchałam, przypomniał mi się tamten dzień:)

Jeśli chcecie posłuchać o. Szustaka i jego niesamowitej historii o przemianie niewierzącego księdza w szaleńca Bożego macie to TUTAJ.

O modlitwie i wylaniu ośmiu wiader łez od 37 minuty:)

 

 

 

 

 

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

 

Tak Jej nie chciałam, tak Ją odrzucałam.

Jak zbuntowane dziecko, które uderza matkę w policzek i krzyczy wyzywająco: nie kocham cię!!!

Przez całe moje życie nie wyrażałam zgody na Maryję. Różaniec bolał niemal fizycznie. Był katorgą. Pieśni o Niej wydawały się śmieszne i naiwne. Tytuły w litanii jak majaczenia obłąkanego. Jaka Różo duchowna? Jaka Bramo niebios? Jaka Gwiazdo zaranna?

Czułam złość, gdy ktoś mówił o Niej, bo – jak twierdziłam – odbierał tym chwałę Jej Synowi. Ksawery doprowadzał mnie do szału, gdy zachęcał podczas trudnych ciąż, bym wpatrywała się w Maryję i z Niej czerpała siły.

Ludowa pobożność, kapliczki, figurki Maryi o pyzatych policzkach i koralikach zamiast oczu były przedmiotem moich kpin.

A Ona wciąż gdzieś się pojawiała. Uporczywie. Jedna figurka w szkole, druga znaleziona podczas remontu na strychu. Babcia niebieska, która przykuta do łóżka wciąż szeptała różaniec, aż do śmierci.

Skąd we mnie taka złość?

 

Jednocześnie przeżywałam coś strasznego. Moje serce nieustannie, od kiedy sięgnę pamięcią było przerażone. Wciąż wydawało mi się, że śmierć krąży wokół i zabierze mnie lub kogoś mi drogiego.

Strach. Potworny, obezwładniający, nigdy nie gasnący strach.

Wszystko kojarzyło się ze śmiercią. Podróż, wyjście z domu, znamię na skórze , spacer po lesie, wypadanie włosów, spóźnienie się dziecka ze szkoły, problemy z ciążą. Byłam jak oszalała. W swoim życiu napisałam kilka testamentów, bo byłam pewna, że umrę niebawem.

W końcu doszłam do takiego momentu, gdy musiałam przyznać sama przed sobą, że to nie jest normalne i że dłużej tego nie dam rady dźwigać. Bo nie jest życiem umieranie dziesięć razy na dobę.

 

Piszę o tym, bo może ktoś z Was przechodzi ciemną dolinę. Jeśli moja historia się wydarzyła, to może także dlatego, by komuś pomóc. Nasze opowieści nie są naszą własnością. Jak wszystkim - można się nimi dzielić.

 

cdn.

 

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70