RSS
poniedziałek, 22 sierpnia 2016

 

Chcę Wam jeszcze coś pokazać. I opowiedzieć.

Nie wiem czy słyszeliście o Ojcu Danielu. Ja trochę słyszałam. Niektórzy ludzie stąd jeżdżą do jego pustelni Czatachowa. Ojciec jest młody, ale dojrzały duchem. Modli się, głosi Słowo Boże i dzieją się cuda. Osobiście znam kogoś, kto był alkoholikiem a teraz – po spotkaniu z o. Danielem – zupełnie zmienił swoje życie.

Ostatnio natknęłam się na taki krótki filmik, w którym o. Daniel opowiada o chwili, gdy jego życie uległo przemianie. Kilkanaście lat temu. Posłuchajcie.

świadectwo O. Daniela – doświadczyłem Ducha św.

 

To, co mnie poruszyło w jego świadectwie to nie tylko znak łez, dokładnie taki, jakiego ja doświadczyłam, gdy Bóg mnie dotknął przez ręce kapłana. Jest jeszcze coś.

Twarz. Moja twarz.

Bóg nieustannie, od wielu miesięcy zwraca mi uwagę na ten temat. A On jest naprawdę uparty.

Niemal za każdym razem, gdy dotykam swojej twarzy, gdy rano czy wieczorem obmywam ją wodą.

Mówi: Dotykaj delikatnie twojej twarzy. Dotykaj jej z miłością. To jedyna taka twarz na świecie. Jesteś moją Twarzą. Jedynym takim rysem Mojej Twarzy w świecie. Kochaj Twoją twarz.

Mówi to z taką czułością i powagą jednocześnie.

Jak wielu mam problemy z kochaniem i akceptowaniem siebie. Pewnie każdy je ma. Chyba najbardziej ci, którzy wydają się tacy pewni siebie, przebojowi i bez kompleksów. Bóg wie jak trudno nam przyjąć siebie, takimi , jakimi jesteśmy. Wielu z nas zakłada maski, bo nie może zaakceptować prawdy o sobie. Wielu „kocha” siebie głupią miłością, która jest spełnianiem wszystkich żądz i zachcianek i ostatecznie prowadzi do zniszczenia.

Kochać swoją twarz to przyjąć siebie. On nas przyjmuje. On dotyka naszych twarzy, głaszcze je jak matka muska z miłością policzki niemowlęcia.

- Jestem zakochany w Tobie – mówi Bóg – Kocham każdy milimetr Twojej twarzy, prawdy o Tobie.

Jeśli kiedykolwiek mieliście wątpliwość czy Bóg potrafi mówić i czy mówi, porzućcie ją.

On nie jest niemy ani głuchy. Wystarczy tylko szczelina otwartości z naszej strony, szczelina milczenia, chwila ciszy, bez strachu, że „zwariowałam, bo słyszę głosy”. Poznacie Jego głos. Z czasem coraz łatwiej go odróżnić od własnych myśli. To, co mówi Bóg nigdy nie urodziłoby się w Waszej głowie i nie przyniosłoby takiego oceanu pokoju. Nie byłoby tak zaskakujące i tak zupełnie nie Wasze.

Kochaj Twoją twarz. Jesteś Moją twarzą w świecie. Jedyną taką twarzą, jedynym takim obliczem. – mówi do mnie od wielu miesięcy. Mówi do każdego.

Przypominajcie sobie te słowa, gdy rano dotkniecie wodą swej zaspanej twarzy, gdy spojrzycie w swoje oczy w lustrze nad umywalką.

 

 

 

sobota, 20 sierpnia 2016

 

Wróciliśmy z naszych wojaży.

Kilka bardzo intensywnych dni, spotkań z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, śmiech i niedowierzanie, że minęło tyle lat, urodziło się tyle dzieci, że wszystkie nie mieszczą nam się w kadrze. A my wciąż gdzieś - mimo upływu kolejnych wiosen - tacy sami. Gitara i śpiew. Ludowe piosenki przeniosły nas w czas naszego wesela, kanony Teize przypomniały korzenie, Stare Dobre powiało nutką nostalgii i zadumy. Gwarne posiłki, stadko dzieci wokół, wspomnienia jak wstążki wplecione we włosy. Pożegnania i nowe powitania, kolejne twarze, mapy min, kaskady rozmów. Spacery wśród łanów kwitnącej nawłoci, cichy szept świerszcza na wiejskim cmentarzu. Słowa wyszywane na podkładzie sączącej się z radia muzyki. Stukot naczyń ładowanych do zmywarki, ryk miksera przy wypieku sernika, tajemne przedsenne narady dzieci i nasze chichotanie około północy.

Wszystko upychane bez ładu i składu w głowie. Dokładnie tak samo logicznie jak liczne i wciąż przybywające bagaże we wnętrzu naszego vana.

Wypełniliśmy się po brzegi.

A w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w domu Matki.

Tutaj, wpatrzona w ciemną Twarz, nagle roztopiłam się w ciszę.

Wszystko jest piękne i bogate, ekscytujące i napełniające, ale Wszystko nie stanie się nigdy Pełnią jeśli nie ma Boga.

 

Wszystkich Was oddałam i tam zostawiłam.

 

 

piątek, 12 sierpnia 2016

Dziś wyjeżdżamy.

Po raz pierwszy w życiu całą rodziną będziemy też na Jasnej Górze. Serce mi się wyrywa do Matki. Matki mojej, ale i całego mego narodu. Matki każdego z Was, nawet jeśli jeszcze niektórzy z Was może tego nie wiedzą, nie czują, nie pragną. Ja jeszcze niedawno byłam kimś takim. Ale ona każdego kocha, o każdego dba, każdego otula płaszczem.

Wszystkich Was przed Jej Obliczem ofiaruję i zawierzę.

Jeśli ktoś chciałby zanieść do Niej szczególną prośbę, możecie napisać w komentarzu. Przepiszę na kartce i zostawię na Jasnej Górze.

 

 

Maryjo, Tobie się oddaję zupełnie. Moje ciało i duszę, pragnienia i marzenia, moje wspomnienia i rany z przeszłości. Moje wczoraj , dziś i jutro, każdą chwilę życia, każde tchnienie, każde uderzenie serca, drgnienie powiek. Oddaję Ci moje noce i dni, moją pracę i odpoczynek, moje radości , cierpienia i smutki. Wszystko, co posiadam jest Twoje Matko. Oddaję Ci tych, których kocham, ale także tych, z którymi łączą mnie trudne relacje. Oddaję Ci całe dobro, które uczyniłam kiedykolwiek, każdy szlachetny gest, każde słowo miłości. Oddaję Ci także mój grzech, moją ciemność, to, co mnie jeszcze oddziela od Ciebie i Twojego Syna. Matko, weź w swoje dłonie całe moje życie. Noś mnie w swoim łonie jak nosiłaś Mego Brata Jezusa , Ty mnie zachowaj, karm , żyw, chroń i ukształtuj bym była coraz bardziej do Niego podobna. Amen.

 

środa, 10 sierpnia 2016

 

Głos powiedział: poczekaj, więc czekałam.

Głos zamilkł.

 

Dwa tygodnie później Ewa - moja koleżanka z pracy wzięła mnie na stronę i szeptem zapytała:

- Rut, nie wiesz może jak i gdzie można przyjąć Szkaplerz Karmelitański? Chciałabym się oddać w opiekę Maryi.

Wierzcie mi, że omalże się nie roześmiałam.

- Nie wiem. – powiedziałam – Ale się dowiem i przyjmę go razem z tobą.

Niedługo potem odbyła się w naszym domu kameralna uroczystość przyjęcia szkaplerzy.

Ksawery pobłogosławił je i założył na szyję nie tylko mnie i Ewie, ale także jej mamie, siostrze, siostrzenicom oraz mojemu mężowi i dzieciom.

Od tamtego dnia – zgodnie z obietnicą - nieprzerwanie dzieją się cuda.

Przede wszystkim cud mojej miłości do Matki i miłości do różańca, który stał się moją codzienną modlitwą. Dla mnie to są niesamowite znaki, bo tylko ja jedna wiem jak strasznie nie kochałam i jak bardzo teraz kocham. Jak unikałam modlitwy różańcowej i jak jej teraz pragnę. Nie ma dnia bym nie klękała przed obrazkiem Maryi i nie brała sznura paciorków do ręki. Mój mąż od wielu miesięcy nieustannie odmawia Nowennę Pompejańską – bardzo trudną modlitwę, którą można porównać do Mont Everestu pobożności maryjnej.

Zmieniło się wszystko. W nas, pomiędzy nami, przy nas.

Doświadczam cudu nieustannego nawracania i przemiany życia, w tym wyznania grzechów nigdy nie wyznanych, tych nieuświadamianych nawet; niesamowitej wrażliwości sumienia, zrozumienia tego, co dotąd rodziło bunt, poddania się Bożemu prowadzeniu nawet w sferze finansów.

Wszystko, wszystko przeniknęła łaska i nadal jak strumień drąży coraz głębiej.

Maryja prowadzi nas tak ekscytującą drogą ku świętości, że trudno to opisać nawet gdyby wydrukować grubą książkę. Spróbuję Wam z czasem opowiedzieć choć trochę z tego czym żyjemy dziś.

 

 Wczoraj było wspomnienie bł. Edyty Stein. Gdy szukałam czegoś o niej, pierwsze zdanie na jakie się natknęłam to jej słowa. O dziwo, dokładnie o tym o czym pisałam Wam wczoraj:)

Łaska nie dokona swego dzieła w duszach, które z własnej woli na nią się nie otworzą; również Maryja nie wypełni swego macierzyństwa tam, gdzie się Jej człowiek nie zawierzy.


Co to jest zawierzenie?

Maryja prosi: Pozwól mi być Twoją Matką. Pozwól zaopiekować się Tobą.

Zawierzyć to pozwolić Jej, by nas kochała.

Nic więcej.

Reszta dzieje się sama.

 

wtorek, 09 sierpnia 2016

 

Dwa , trzy razy w roku jeżdżę na weekendowe rekolekcje. Mam swoje ulubione miejsce. Pełne ciszy, bez znajomych, z księdzem tak prostym, że wprost nieprawdopodobne, że Bóg wybiera takie narzędzia. A jego wybrał z pewnością. Jedno słowo, które wypowiada jest cięższe od milionów innych, mądrych, uczonych, kwiecistych słów, jakie słyszałam i czytałam.

Na rekolekcjach opowiedziałam mu o tym strachu i czającej się wszędzie śmierci. Czułam się zupełnie bezradna. Poprosiłam go o modlitwę. Powiedział: To może być dręczenie. Położył dłonie na mojej głowie i zaczął prosić. Przez Niepokalane Serce Maryi!!!

Gdy zaczął modlić się za moje życie ukryte w łonie mamy, nagły szloch rozerwał mi pierś.  Bez żadnego ostrzeżenia czy wstępu. Zalałam się potokami łez.

Jeśli tego kiedykolwiek doświadczyliście, wiecie, że nie ma w słowie „potoki” żadnej przesady. Gdy Bóg leczy, wielu z nas tak reaguje na łaskę. Ja tak reaguję.  Potoki , które przerywają wszystkie tamy. Tamy wstydu, zażenowania, chęci lansowania się. Nic z tych rzeczy już cię nie obchodzi. Bóg dotyka Cię tak mocno, zmienia w jednej minucie twoje serce, czyni wszystko nowe. A ty płaczesz zanosząc się szlochem.

Nie wiem co wydarzyło się, gdy byłam w łonie mojej mamy, ale to coś powodowało nękanie przez śmierć. I zostało uleczone w jednym momencie. Tamtego listopadowego dnia dwa lata temu.

Ta modlitwa sprawiła, że przestałam się bać. Po tylu latach. Od razu, bez zwłoki, jednym gestem Bóg przywrócił mi pokój, którego nigdy nie miałam. Przywrócił przez Niepokalane Serce Maryi!!! I trwa to do dziś. Nawet trudno opowiedzieć jak to zmieniło życie moje i mojej rodziny. Nie biegam w popłochu od okna do okna wyczekując powrotu dzieci czy męża, nie robię im wymówek i pewnie byłam jedną z nielicznych matek, która wysyłając córkę na ŚDM mówiła: Dziecko, nie bój się. Nic się nie stanie. To impreza Pana Boga, obstawiona orszakami anielskimi:)

Ale to nie koniec cudów.

Zaraz po modlitwie, cała mokra od łez poszłam do kaplicy.

W ołtarzu głównym jest obraz Maryi, która idzie drogą do Elżbiety. Maryja jest we wczesnej ciąży, to widać. Wyciąga rękę w kierunku patrzącego. Uśmiecha się lekko.

Zwykle unikałam patrzenia na Nią. Ale tym razem zapatrzyłam się i nagle odkryłam, że cała złość na Nią zniknęła z mego serca. Razem ze strachem. Razem z raną okresu prenatalnego.

Wtedy usłyszałam: „Zawierz mi swoje życie, a zaczną się w nim dziać cuda”.

Nie był to głos, który można usłyszeć uszami. Raczej uporczywa myśl z zewnątrz, która przenika w głąb twoich myśli. Zupełnie nie twoja myśl - jesteś tego świadomy.

Ten głos towarzyszył mi od tego dnia co dzień przez wiele dni. Chyba nawet próbowałam go zignorować. Wiecie, strach przed szaleństwem jest olbrzymią barierą.

W końcu, za którymś wezwaniem zapytałam: Ale co to znaczy „zawierzyć”? Co mam zrobić?

-Poczekaj – usłyszałam Jej głos – pokażę ci niedługo.

 

 

 

 

"Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną" (Psalm 23)

 

 

Ps. Jakieś dwa tygodnie temu zaczęłam słuchać o. Szustaka na You Tube. Choć oczywiście znałam go już wcześniej. W końcu natknęłam się na jego świadectwo nawrócenia. Gdy się nawrócił był już zakonnikiem. Wszystko zaczęło się od jednej modlitwy. Dwóch charyzmatycznych kapłanów położyło na nim dłonie i zaczęli się modlić. Mówi, że podczas tej modlitwy zalał się łzami - on, twardy, racjonalny chłop ryczał jak dziecko. Potem stał się kimś zupełnie innym. Gdy tego słuchałam, przypomniał mi się tamten dzień:)

Jeśli chcecie posłuchać o. Szustaka i jego niesamowitej historii o przemianie niewierzącego księdza w szaleńca Bożego macie to TUTAJ.

O modlitwie i wylaniu ośmiu wiader łez od 37 minuty:)

 

 

 

 

 

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

 

Tak Jej nie chciałam, tak Ją odrzucałam.

Jak zbuntowane dziecko, które uderza matkę w policzek i krzyczy wyzywająco: nie kocham cię!!!

Przez całe moje życie nie wyrażałam zgody na Maryję. Różaniec bolał niemal fizycznie. Był katorgą. Pieśni o Niej wydawały się śmieszne i naiwne. Tytuły w litanii jak majaczenia obłąkanego. Jaka Różo duchowna? Jaka Bramo niebios? Jaka Gwiazdo zaranna?

Czułam złość, gdy ktoś mówił o Niej, bo – jak twierdziłam – odbierał tym chwałę Jej Synowi. Ksawery doprowadzał mnie do szału, gdy zachęcał podczas trudnych ciąż, bym wpatrywała się w Maryję i z Niej czerpała siły.

Ludowa pobożność, kapliczki, figurki Maryi o pyzatych policzkach i koralikach zamiast oczu były przedmiotem moich kpin.

A Ona wciąż gdzieś się pojawiała. Uporczywie. Jedna figurka w szkole, druga znaleziona podczas remontu na strychu. Babcia niebieska, która przykuta do łóżka wciąż szeptała różaniec, aż do śmierci.

Skąd we mnie taka złość?

 

Jednocześnie przeżywałam coś strasznego. Moje serce nieustannie, od kiedy sięgnę pamięcią było przerażone. Wciąż wydawało mi się, że śmierć krąży wokół i zabierze mnie lub kogoś mi drogiego.

Strach. Potworny, obezwładniający, nigdy nie gasnący strach.

Wszystko kojarzyło się ze śmiercią. Podróż, wyjście z domu, znamię na skórze , spacer po lesie, wypadanie włosów, spóźnienie się dziecka ze szkoły, problemy z ciążą. Byłam jak oszalała. W swoim życiu napisałam kilka testamentów, bo byłam pewna, że umrę niebawem.

W końcu doszłam do takiego momentu, gdy musiałam przyznać sama przed sobą, że to nie jest normalne i że dłużej tego nie dam rady dźwigać. Bo nie jest życiem umieranie dziesięć razy na dobę.

 

Piszę o tym, bo może ktoś z Was przechodzi ciemną dolinę. Jeśli moja historia się wydarzyła, to może także dlatego, by komuś pomóc. Nasze opowieści nie są naszą własnością. Jak wszystkim - można się nimi dzielić.

 

cdn.

 

 

 

 

 

piątek, 05 sierpnia 2016

 

Takie rzeczy dzieją się po prostu same. Przynajmniej tak to wygląda.

Zbieg okoliczności goni zbiega okoliczności, przypadki układają się w logiczne ciągi i nagle stajesz zaskoczony tuż przed bramą, do której nie zdążałeś. Ba, której unikałeś.

Wyobrażam sobie nasze życie jako siatkę dróg. My oczywiście z własnej, nieprzymuszonej woli wybralibyśmy te najlepiej zapowiadające się, gładkie i z pięknymi widokami po obu stronach. Są jednak czyjeś dłonie, które delikatnie zagradzając nam tu i tam drogę naprowadzają nas na ten przeznaczony nam szlak. Są też swego rodzaju „zanęty”, które skłaniają nas do wyboru dróg trudniejszych, a jednak wartych zachodu.

Wiele razy w życiu spotkałam i zapory na drodze i przynęty. Oczywiście, to "prowadzenie" zaczynasz rozumieć dopiero wiele lat potem. A pewnych zdarzeń nie zrozumiesz nigdy. Nigdy tutaj. I trzeba się na to pokornie zgodzić.

Bóg konsekwentnie zagradzał mi drogi, które nie były dla mnie. Czasem brutalnie zatrzymywał na ścianie. Po wściekaniu się i zgrzytaniu zębami, próbowaniu walenia głową w mur, w końcu dawałam się przekonać do zmiany kierunku. Tak było z moimi studiami, moim małżeństwem, moim miejscem na ziemi, moją pracą. Na tę ostatnią wciąż jeszcze – przy gorszych dniach – zdarza mi się „zgrzytać”.

Prowadzenie.

Tak mogę to nazwać. Jestem prowadzona.

Kiedyś poprosiłam Go o to jako nastolatka. By mnie poprowadził zgodnie ze swoim odwiecznym planem, nawet wbrew mnie samej, moim pomysłom, fochom, furiom, dąsom.

„Nie pozwól mi nigdy odpaść od Ciebie, nawet wbrew mnie samej”

Wiele razy w życiu powtarzałam tę krótką modlitwę. On usłyszał i prowadzi. Drogą niełatwą, nie wyściełaną atłasem, nie obsypaną płatkami kwiatów, ani popularną czy modną, ani dającą bogactwo czy sławę. Nic z tych rzeczy. A mimo to drogą, której nie zamieniłabym na inną, z jej zawirowaniami, z rozbitą nieraz głową i mokrą od łez poduszką. Drogą pełną pokoju, a nie zguby.

Na tej drodze, po czterdziestu latach spotkałam Ją.

Takie rzeczy – jak napisałam na początku –  dzieją się same. Zostałam do Niej przyprowadzona. Tysiącem dróg i ścieżek, plątaniną traktów i nićmi szlaków. Prosto do Niej. Teraz wiem, że nic nie było przypadkowe w moim wędrowaniu przez życie.

Stoję zaskoczona przed Bramą Niebios, która ma na imię Maryja. Której nie chciałam. Ba, którą omijałam zawsze szerokim łukiem.

 

cdn.

 

 

środa, 03 sierpnia 2016

 

Dziś bajka. Tym razem nie moja:)

Piękna i mądra pt: Jubiler.

 

POSŁUCHAJCIE

 

A na końcu On powie: Jesteś wart niebotyczną cenę. Cenę Mojej Krwi. I Ja chciałem ją zapłacić i zapłaciłem. Cokolwiek byś zrobił, nie jesteś śmieciem.

 

 


poniedziałek, 01 sierpnia 2016

 

Sprzątałam z dziewczynkami strych i znalazłam chodnik-pasiak. Dokładnie taki, jakie tkała Babcia Rubaszna.

Nigdy nie widziałam jak to robiła, ale wiedziałam, że robi, bo wciąż na ich starych podłogach pojawiały się nowe cudeńka.

Krosno zobaczyłam dużo dużo później, gdy zjedzone przez korniki rozlatywało się na drobne elementy. Ktoś mi tłumaczył zasadę jego działania i to jak istotna jest solidna osnowa. To te drobne niteczki, prawie niewidoczne potem w całości tkaniny, a jednak utrzymujące ją przez lata w jednym kawałku. Muszą być mocne. Reszta chodnika to stare ubrania, czasem zwykłe szmaty pocięte na paski. Nie muszą być najlepszej jakości.

Znaleziony na strychu pasiak rozchodzi się z jednego końca. Przerwane nitki osnowy nie utrzymują skrawków materiału i chodnik „rozłazi się w rękach”.

Osnowa.

Jeśli osnową naszego życia jest Bóg, ostatecznie nic „nie rozlezie nam się w rękach”.

Mimo, że to co składa się na nasze życie to czasem zwykłe szmaty, niedoskonałości, ułomność. Mimo upływu lat niewidzialne nici będą spajały nasze dni w logiczną, piękną całość.

Babcia Rubaszna z trudnością czytała, niewiele znała świat, naukę traktowała jak cyrkowe sztuczki, ale umiała cieszyć się życiem, śmiać się do niego, pracować i odpoczywać, biec i zatrzymać się, niedojadać i rozkoszować się lodami jak dziecko. Umiała też tkać piękne solidne chodniki pasiaki. Z byle czego. I umiała coś jeszcze.

W mej pamięci utkała obrazek, który nigdy się nie zatrze. Tkała go w każde wakacje. Wystawiałam rano głowę z łóżka w wałkierzu i widziałam jak każdego dnia ona i dziadek klękali przed obrazem i odmawiali różaniec. Codziennie dbała o mocną osnowę swego życia. Reszta była zwyczajna, ludzka, czasem ułomna, ale Niewidzialna Obecność była gęsto przetkana ściegiem między barwami życia.

Może także dzięki moim babciom i dziadkowi nigdy nie porzuciłam modlitwy. Czasem, w tych najgorszych momentach życia, modlitwy jak martwa litera wypowiadanej suchymi od bólu wargami, ale zawsze modlitwy. Czasem modlitwy – wyrzutu, modlitwy-gniewu, modlitwy-buntu. I nawet to zostało przyjęte. Jeśli dziś moje życie jest jednym kawałkiem to tylko dlatego.

 

Gdzieś przeczytałam: „Nigdy nie przerywaj rozmowy z Bogiem”. To chyba św. Charbel.

Nigdy. Nigdy nie przerywaj nici osnowy.

 

 

 

piątek, 29 lipca 2016

 

Chciałabym pisać, wierzcie mi, ale coś mnie powstrzymuje.

Wiem, że tu zaglądacie. Najwierniejsi z wiernych. Widzę wasze przyjścia jak odciśnięte ślady stóp na nadmorskim piasku.

Ale czy chcecie słuchać naprawdę tego, co ja chcę opowiadać? Bo przecież każda moja nawet najbardziej świecka myśl zawraca jak bumerang ku Niemu, bo przecież potrafię „wywlec” Go niespodzianie z ziarna piasku, z koloru liścia, skrzydeł biedronki.

Jeśli Was to razi lub denerwuje, jeśli wydaje się to Wam nieznośnie „mistyczne”, po prostu zawróćcie. Plaże świata tego są tak wielkie. Jeśli naprawdę nie chcemy, nigdy nasze ślady nie skrzyżują się na ich piasku.

A jeśli szukacie Go tak samo jak ja, wbrew wszystkiemu i we wszystkim, jeśli chcecie razem ze mną kulejąc iść jednak Jego śladem, zostańcie.

Nigdy też nie nazywajcie mnie „dobrą”. Płoszą mnie takie słowa i głęboko zawstydzają. Czuję wtedy, że musiałam gdzieś skłamać skoro wyciągnęliście taki absurdalny wniosek.

 

Słowa.

Wiem, że są ważne. Kocham słowa. Może dlatego także, że jedno z Jego imion to „Słowo”.

Wiem, że umiem je pisać, zaprzęgać szalone rumaki do powozów myśli. Rozumiem też, że to dar i że muszę z niego zdać rachunek. Boję się jednak słów pustych. Za dużo ich wokół nas. Przerażają mnie rwące potoki słów – widm. Bez pokrycia ciałem rzeczywistym.

 

Ale chcę do Was pisać. Wierzcie mi – chcę. I tyle bym chciała Wam powiedzieć z tego, co się wydarzyło ostatnio i wydarza. Może mi się uda.

Tymczasem stoję na piasku plaży i patrzę w moje Morze Jedyne. Podszewka moich myśli faluje turkusem, seledynem i lazurem.

 

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70